Bardzo uniwersalne autorefleksje zawarte w tekstach piosenek z solowego debiutu Koko Die stwarzają iluzorycznie intymny klimat. Klimat ten łatwo jednak burzy niestałość w brzmieniu i często niezgrabne zmieszanie ze sobą inspiracji różnymi od siebie gatunkami. Każdy odsłuch Imion budzi mieszane uczucia.

Zaczyna się bardzo obiecująco. Jakie chcesz mieć imię zapowiada się hipnotycznie i nieco trip-hopowo. Kiedy jednak Koko Die zaczyna rapować, całość traci swój klimat przybierając formę autorefleksyjnego, pop rapowego intra. Funkujący bas już ściśle współczesno-popowych Wróżb przywołuje na myśl pop rockowe kompozycje zespołu Clock Machine. Utwór jest żywiołowy, lekki i bardzo taneczny. Jednak gdyby nie ekspresyjność wokalu, możnaby go uznać za nudny. Jedną z najbardziej udanych kompozycji jest Wino w krew. Jej melodyjne brzmienie ma w sobie coś hipnotycznego, a ekspresyjny głos wokalisty dodaje temu wszystkiego przebojowości. Melancholijne Rejsy dzięki swojej swobodnej i delikatnej melodyjności stwarzają chłodny, nostalgiczny klimat. Stanowią też jeden z najmocniejszych punktów na płycie w warstwie lirycznej.

Łatwo (albo zbyt łatwo? można jednak strzepać z siebie tę wspomnianą melancholię. Bardzo taneczny, klubowy charakter electropowego utworu Sięgam i mam oraz ekspresyjny wokal po raz kolejny działają niesamowicie hipnotycznie, a w brzmieniu można u się echa idm/edm. Ostry spadek w dół następuje wraz z Higienami. To dość specyficzny moment na płycie, jest niczym interludium. Zaskakuje eksperymentalnym charakterem. Słychać zniekształcony głos na tle minimalistycznego bitu i przewijających się przez całą długość kompozycji dźwiękiem trąbki, a całość wydaje się być odklejona i zupełnie nie pasująca do całości.

Pozostałe piosenki nie wnoszą nowości: względnie przebojowy jest też duet z Runforrestem, jednak cały album przedstawia się raczej jako luźny zbiór inspiracji różnymi gatunkami muzycznymi i w zasadzie każdą piosenkę można traktować jako coś osobnego, co w większym lub mniejszym stopniu pasuje do całości. Nie do końca udało pokazać się wszechstronność muzyka. Koniec końców Imiona to płyta pełna raczej prostych i zwyczajnych popowych kompozycji. A szkoda.


administrator

Zakochany w zimnych i melancholijnych dźwiękach, choć nie ogranicza się muzycznie. Ciągle ze słuchawkami na uszach. Z wykształcenia tłumacz języka angielskiego. Stworzył Wytwórcę Nadmiernego Smutku: najpierw na Facebooku, później zaczął pisać bloga. Przez dwa lata samodzielnej działalności opublikował 194 wpisy. Skromny i ambitny, pisze wiersze do szuflady, a gdy tego nie robi i nie słucha muzyki, siedzi w kinie. W muzyce próbuje znaleźć coś co przemówi do jego (nad)wrażliwości i często stawia na emocje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *