Warszawa. Atmosfera zimnego, ostatniego listopadowego dnia bardzo dobrze współgrała z muzyką Boy Harsher i Chasms – zespołów, które zagrały tamtego wieczoru w warszawskim klubie NIEBO.

Chasms
Na drugim albumie studyjnym duet z Kalifornii zdecydowanie rozwinął swoje brzmienie. O ile ich debiutancki album był typowo shoegaze’owy, o tyle kompozycje znajdujące się na The Mirage stanowią klimatyczne połączenie shoegaze’ującego dream popu z elementami downtempo, a czasem i nieco trip-hopowym vibem. Na scenie gitarzystka Jess Labrador i basistka Shannon Madden: automat perkusyjny, syntezatory i inne instrumentalizacje odtwarzano z laptopa. Dużo basu i atmosferyczny, dość przytłumiony przez brzmienie gitary, ale słyszalny wokal – a mimo to na nagłośnienie w NIEBIE nie można było narzekać. Wszystkie piosenki Chasms brzmiały na żywo bardzo dobrze. Jess Labrador była raczej statyczna, skupiona na śpiewie i grze, i tylko kołysała się w rytm muzyki. Shannon Madden za to praktycznie cały czas krążyła po scenie, i tańczyła razem z basem przewieszonym przez ramię. Choć muzyczki nie odzywały się za często – jedynie wokalistka zapowiadając wykonanie ostatniego utworu powiedziała Jesteśmy Chasms z Kalifornii. Cieszymy się, że mogłyśmy zagrać w Polsce. Dziękujemy, że przyszliście. To była atmosferyczna i hipnotyczna rozgrzewka przed wybuchem żywiołowości.

Chasms/fot. Mateusz Stypuła

Boy Harsher
Muzyka Boy Harsher jest niesamowicie żywiołowa i taki też był koncert tego duetu w Warszawie. Nie mogło zacząć się lepiej niż zapewnieniem, że to nie sen i wszystko dzieje się naprawdę, na żywo: wokalistka Jae Matthews nie wyczuła momentu w którym ma zacząć śpiewać i prawie weszła z wokalem za wcześnie. Zorientowała się jednak i zaśmiała, a i tak mało kto z tłumnie zgromadzonych, rozentuzjazmowanych fanów to zauważył. Jeśli już, to zaśmiał się wtedy razem z nią. Bardzo charyzmatyczna muzyczka na scenie mocno wczuwa się w muzykę. Często skakała, a w jej tanecznych ruchach było dużo ekspresji. Chwilami nawet strzelała kablem od mikrofonu niczym biczem, a oprócz zwykłego mikrofonu, używała takiego jaki można czasem znaleźć w wyposażeniu kierowców. Augustus Miller był trochę bardziej skupiony na grze, choć i on, stojąc za stołem na którym ustawiono jego sprzęt, czasem tańczył w rytm granej przez siebie muzyki. Intensywność świetnie pulsującego basu i ogólnego brzmienia duetu na żywo jest porażająca.

Boy Harsher/fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

Podczas koncertu w Warszawie można było usłyszeć głównie piosenki z wydanego w marcu tego roku albumu pt. Careful – m. in. Fate, LA, Come Closer czy Lost – i utwory z niedawno zremasterowanej EP-ki Country Girl takie jak Westerners czy Country Girl. Co ciekawe, można było też usłyszeć zupełnie nową piosenkę: Tower. Dzięki swojej atmosferyczności Tower wyróżniła się spośród energicznych utworów wykonywanych na koncercie. Piosenka miała bardziej stonowany charakter i zdecydowanie eksponowała ekpsresyjność głosu Matthews. Duet zagrał też m.in. Suitor z debiutanckiej płyty. Mimo że wokalistka niespecjalnie odzywała się podczas koncertu – tylko dziękowała po wykonanych piosenkach – specyficzna energia płynęła ze sceny i na scenę, Matthews stawała na środkowym głośniku ustawionym pod sceną, a w pewnym momencie chwyciła za przenośny reflektor rozpraszający zielone światło i z uśmiechem świeciła nim najpierw po ustawionych pod sceną ludziach, by później skierować jego światło na siebie, co robiło wielkie wrażenie. Każda z kompozycji na żywo ma w sobie jeszcze więcej specyficznej energii i mrocznej atmosfery. Pod koniec koncertu po wokalistce było widać zmęczenie, a jej włosy były mokre od potu spowodowanego tańcem i skakaniem. Na bis zespół wykonał dwie piosenki: Lost i Pain, a później Jae Matthews z uśmiechem podziękowała wszystkim zgromadzonym w NIEBIE. Publiczność reagowała bardzo entuzjastycznie i można śmiało stwierdzić, że koncert Boy Harsher to niezwykle intensywne doświadczenie.

fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła