Industrialne wnętrza na terenie Stoczni Gdańskiej – m.in. klub B90 – wypełnili ludzie spragnieni dobrej muzyki. Tegoroczna edycja Soundrive Festival upłynęła pod znakiem pozytywnych muzycznych zaskoczeń i intensywnych koncertowych wrażeń.

Dzień pierwszy

Puma Blue
W zeszłym roku Jacob Allen wydał jako Puma Blue debiut długogrający pt. Blood Loss oraz kilka bardzo dobrych singli. Jego twórczość ma w sobie piękną jazzową estetykę, która razem z m. in. wpływami soulu i R&B tworzy ciekawy i świetnie brzmiący miks. Jak przekornie określił je sam Allen: dream soul, gothic R&B i voicemail ballads. Kompozycje Puma Blue są dobrze przemyślane, a jego głos brzmi czysto i bardzo dobrze się go słucha. Z racji tego przed koncertem w klubie B90 narastało pytanie: czy Puma Blue będzie tak samo dobrze brzmiał na żywo? Jednak gdy koncert się rozpoczął, a Allen zaczął śpiewać, wszystkie wątpliwości zostały rozwiane. Na żywo Puma Blue brzmi tak samo świetnie jak na studyjnie, a może nawet i lepiej. I nie chodzi tu tylko o umiejętności wokalne muzyka. Towarzyszący mu zespół był bardzo zgrany, a wszystkie zagrane piosenki zdawały się mieć w sobie jeszcze więcej ciepła, emocji i pięknej melancholii niż gdy się je słucha z płyty. Niestety nagłośnienie klubu nie jest najlepsze i gdy tylko bas mocniej i głośniej wybrzmiewał, wokół zaczynało brzęczeć. Mimo tego koncert wypadł bardzo ładnie. Można było na nim usłyszeć takie piosenki jak np. Lust, (She’s) Just a Phase czy zagrane na sam koniec Moon Undah Water. Warto wspomnieć też o uroku scenicznym Allena. Muzyk ma bardzo ciepłą i przyjemną barwę głosu i dobrze się go słuchało gdy z prawdopodobnym zakłopotaniem reagował na komplementy krzyczane mu z widowni. Miód na uszy: muzycznie i słownie.

Puma Blue/fot, Mateusz Stypuła

Kero Kero Bonito
Z Kero Kero Bonito jest tak, że płyty swoje, a koncerty swoje. Studyjnie zespół choć brzmi fantastycznie, to często bardzo słodko i niemal cukierkowo. Niewątpliwie na tym polega urok ich twórczości Na żywo natomiast urok pozostaje, jednak forma się zmienia. Dochodzi druga gitara, która nadaje tej muzyce odpowiedniej ostrości, żywa perkusja również sprawdza się świetnie – za sprawą znakomitych muzyków. Zarówno perkusistka (w koszulce Amnesia Scanner) jak i drugi gitarzysta mają w sobie wiele energii i to oni (razem z charyzmatyczną i ekspresyjną na scenie Sarah Bonito) sprawiali, że można było poczuć muzykę Kero Kero Bonito jeszcze bardziej. Przepływ energii ze sceny i na scenę był chwilami niesamowity i już niedługo po rozpoczęciu koncertu publiczność urządziła sobie pod sceną pogo. Zespół zaczął od wykonania Outside, Lipslap, Flamingo (właśnie wtedy rozpoczęło się pogowanie fanów) i Only Acting. Później można było usłyszeć m.in. Break, My Party, Sick Beat, The Open Road, a koncert zakończył się energicznym wykonaniem Trampoline, na którym wszyscy skakali, a wokalistka zeszła ze sceny i stojąc na głośniku przybijała piątkę fanom. Wtedy też perkusistka zagrała świetną solówkę. A wcześniej drugi gitarzysta rozłożył na 15 sekund leżak na scenie i rozsiadł się z puszką piwa w ręce. Zabawa i przyjemność na scenie i pod sceną, kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie festiwalu. Dobrego wrażenia nie zamazało nawet kiepskie nagłośnienie – stojąc pod sceną często nie można było zrozumieć co śpiewa wokalistka – chyba, że znało się tekst danego utworu na pamięć. Mimo to zespół zagrał bardzo dobry koncert, w pewien sposób intensywny i pełen energicznych piosenek.

Kero Kero Bonito/fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

Sarah Bonito z fanami/fot. Mateusz Stypuła

Dorian Electra
Wydany w połowie lipca album pt. Flamboyant jest pełen niesamowicie przebojowych i energetycznych electropopowych kompozycji. Są tam świetne teksty i melodie. Koncert na festiwalu miał w sobie to wszystko, cechował się również intensywnością. A zaczęło się tak: Dorian Electra wychodzi na scenę przy dźwiękach intra tytułowego utworu i mówi Nazywam się Dorian Electra i zagram wam dzisiaj mój cały album. To był zaledwie czwarty koncert z tym repertuarem, koncert na którym aspekt wizualny jest równie ważny jak ten audio – wnętrze mniejszej sali Slipway skąpane było w neonowych światłach, a wizualizacje z tyłu sceny były równie kolorowe. Oprócz piosenek z Flamboyant można było usłyszeć też bonus track japońskiej wersji płyty (Sprawdźcie go sobie na Internecie) i wcześniej wydany singiel VIP. Pomimo tego, że to był lip-sync, Dorian Electra na scenie prezentuje się znakomicie. jest w ciągłym ruchu i ma w sobie charyzmę, przebojowość i dużo energii udzielającej się fanom zgromadzonym na sali. Każda z zagranych piosenek  brzmiała bardzo dobrze (na Slipwayu było już lepsze nagłośnienie), chociaż można by je ułożyć tak, żeby znaleźć chwilę wytchnienia – tam jej nie było i pięknie energiczne piosenki wybrzmiewały raz za razem. Dorian Electra ma jednak tak cudnie przebijającą się osobowość sceniczną, że prędko można było zapomnieć o takich drobnostkach. Zwłaszcza na spotkaniu z fanami, które zorganizowano przy merchu, pół godziny po koncercie. I właśnie dzięki tej przebojowości, charyzmie i pięknej energii w muzyce ten koncert wypadł najlepiej.

Dorian Electra/fot. Mateusz Stypuła

Dzień drugi

PYŁ
Krótko: koncert PYŁU cechował się przyjemną atmosferycznością, zapewne stworzoną przez wykonywane kompozycje z wydanej w kwietniu tego roku płyty zatytułowanej po prostu Pył. Pięknie brzmiący saksofon, wyróżniający się bas i zaskakująca melodyjność utworów sprawiały, że koncert wybrzmiewał bardzo ładnie. Brakowało tylko więcej improwizacji, bo wszystko wydawało się być zagrane jak pod linijkę. A szkoda, bo twórczość zespołu ma niezłą siłę.

PYŁ/fot. Mateusz Stypuła

Let’s Eat Grandma
Jeden z bardziej wyczekiwanych koncertów tej edycji festiwalu. Nic dziwnego, ponieważ duet (a koncertowo trio) odwiedził Polskę pierwszy raz od czasu wydania swojego debiutu zatytułowanego I, Gemini w 2016 roku. I na wstępie trochę zawód dla fanów tamtej płyty, ponieważ na setliście znalazły się wyłącznie piosenki z wydanej w zeszłym roku płyty pt. I’m All Ears. A jednak –  ta druga płyta jest bardziej spójna kompozycyjnie, dojrzała brzmieniowo i po prostu ciekawsza, ponieważ stanowi przejście ze ślicznej, psychodelicznej elektroniki w bardziej popowe rejony, również pełne niezaprzeczalnego uroku, cudownej melancholii i nienachalnej przebojowości. Kojące i ciepłe głosy dwóch wokalistek brzmiały na żywo niesamowicie przyjemnie, a niekiedy grająca razem z beatem z laptopa perkusja sprawiała, że wszystko wybrzmiewało tak jak powinno. I tylko nagłośnienie czasem dawało o sobie znać choć nie przeszkadzało to tak bardzo jak na wcześniejszych koncertach. Koncert rozpoczęło atmosferyczne intro Whitewater, później można było usłyszeć Hot Pink, It’s Not Just Me, I Will Be Waiting, Cool & Collected, Ava i zagrane na sam koniec Donnie Darko. Mimo, że wszystko brzmiało cudownie, po zakończeniu koncertu miało się wrażenie niedosytu. Bo przecież takie koncerty to nie tylko odegranie piosenek tak jak na płycie i kropka. Choć było bardzo dobrze, chciałoby się czegoś więcej.

Let’s Eat Grandma/fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

혁오 HYUKOH
Koncert 혁오 HYUKOH, zespołu z Seulu grającego świeżą i ożywczą mieszankę indie rocka z rockiem alternatywnym i indie popem okazał się być kolejnym pozytywnym zaskoczeniem festiwalu. Ich muzyka jest mocno energetyczna i pełna lekkości, stwarza też specyficzną i przyjemną atmosferę. Ich piosenki na żywo brzmią o wiele lepiej niż studyjnie – to większe natężenie dźwięków i melodii zgrabnie i ładnie połączonych w całość. Energia zawarta w muzyce zespołu udzielała się publiczności i nawet osoby, które nie znały wcześniej tego zespołu albo znały jego twórczość dość pobieżnie po koncercie twierdziły, że bardzo im się podobało. Muzycy na scenie balansowali między luzem, a skupieniem na grze. Pod sceną publiczność wyśpiewywała teksty piosenek – nawet po koreańsku. Znak, że przyjechali prawdziwi fani. Tym razem nawet i nagłośnienie się dobrze sprawdziło: przynajmniej pod sceną.

혁오 HYUKOH/fot. Mateusz Stypuła

TOMM¥ €A$H
Jeden z headlinerów festiwalu opóźnił swój koncert o 15 minut. Może w jego przypadku to standard. Twórczość tego muzyka jest bardzo specyficzna. Najpierw na scenie pojawiła się DJ-ka, później pojawiły się wyświetlane za nią wizualizacje i można było usłyszeć intro rozpoczynające koncert. Dwie pierwsze piosenki Tommy Cash zaśpiewał z offa. W końcu wyszedł, w skórzanych spodniach i skórzanej kurtce (którą później ściągnął) narzuconej na gołą klatkę piersiową. Rapował, śpiewał i rozmawiał z publicznością z iście szelmowską charyzmą. Na koncercie można było usłyszeć m. in. Pussy Money Weed (publiczność wtedy krzyczała najgłośniej), HORSE B4 PORSCHE, ProRapSuperstar, MONA LISA, Who duetu Modeselektor czy Little Molly, a koncert zakończył się wykoaniem X-RAY. Ocena całości jest dość ambiwalentna. Z jednej strony energia zawarta w tych piosenkach zdecydowanie udzielała się publiczności – pod sceną było tłoczno, duszno i niemal wszyscy ludzie skakali. Patrząc na Casha można było jednak odnieść wrażenie, że się nie stara, a wszystkie piosenki wykonywał bez większego zaangażowania. Nawet słysząc jego słowa do publiczności czasem odnosiło się wrażenie jakby zwyczajnie mówił żeby mówić. Czasem tylko błysnął tak bardzo znanym w jego twórczości specyficznym humorem, gdy po usłyszeniu zakrzykniętego przez jedną z fanek Usiądź mi na twarzy! powiedział Usiąść Ci na twarzy? To raczej Ty powinnaś usiąść na mojej. Chyba, że tak w Polsce się robi, to wtedy spróbuję. W jego koncercie ostatecznie zabrakło czegoś, co sprawiłoby, że po jego zakończeniu będzie można tylko powiedzieć To było świetne! A tymczasem nie – było dobrze. Po prostu. I może to rozczarowuje.

TOMM¥ €A$H/fot. Mateusz Stypuła

Intensywne wrażenia muzyczne, pozytywne zaskoczenia, a przede wszystkim świetna atmosfera w industrialnych przestrzeniach. Soundrive Festival ma swój urok.