Słowem wstępu: tegoroczna edycja OFF Festiwalu będzie kojarzyć się z intensywnością i bardzo dobrymi koncertami, które gwarantowały piękne doznania.

Dzień pierwszy

Niemoc
Niemoc w plenerze? Tak, to się sprawdziło i zabrzmiało równie dobrze jak w klubach. Zespół zagrał na Scenie Leśnej, a mimo wczesnej pory (zaczynali grać o 16.35) na ich koncercie pojawiło się dość dużo ludzi. Słoneczna pogoda dodała do tego koncertu wakacyjnej aury i sprawiła, że jeszcze lepiej tańczyło się w rytm tej muzyki. A było do czego – kompozycje Niemocy mają bardzo ekspresyjno-taneczny charakter. Zespół zagrał piosenki z ich świetnej płyty pt. Baśnie, ale można też było usłyszeć starsze utwory, np. Wrony. Muzycy zachęcali wszystkich do śpiewania wszystkich piosenek z nimi – to zagranie bardzo spodobało się publiczności i było jedną z tych rzeczy, którą niektórzy często potem komentowali. Przyjemny i energiczny początek festiwalu.

Niemoc/fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

Lebanon Hanover
Jeden z najlepszych koncertów na tegorocznym OFFie. Mała Scena Eksperymentalna stwarza zawsze świetny, specyficzny klimat. W połączeniu z mroczną i zimną, post-punkową muzyką zespołu wpłynęło to na jakość koncertu. Sceniczne osobowości duetu – statyczność Larissy Georgiou i ekspresyjność Williama Maybelline – dobrze się uzupełniały. Ona zachowywała dystans, spokojna i skupiona na grze, on bardzo wczuwał się w muzykę i dawał temu wyraz w ekspresyjnym tańcu. Na koncercie można było usłyszeć przekrojowy materiał ze wszystkich płyt zespołu. Wszystko rozpoczęło się piosenką Alien, później Lebanon Hanover zagrali Die World II, No One Holds Hands, A Very Good Life, Petals, Northern Lights, Stahlwerk, Albatross, True Romantics, Ice Cave, Gallowdance i Du Scrollst. Pełne mroku i pięknej surowości piosenki fantastycznie brzmiały na żywo i tworzyły wspomniany specyficzny klimat oraz dziwną energię – energię, która udzielała się publiczności głównie dzięki Williamowi. Poza podziękowaniami, muzycy nie odzywali się jakoś specjalnie, co w zasadzie pasowało do klimatu ich twórczości. Na koniec zagrali Totally Tot i wtedy publiczność już całkiem dała upust emocjom w tańcu (głównie pod barierkami), a sama Larissa mniej więcej w połowie piosenki położyła się na ziemi i tak grała na gitarze już do końca. Było cudownie.

Lebanon Hanover/fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

black midi
Kolejny dobry koncert. Czysty hałas i energia w muzyce black midi wybrzmiały ładnie – i to znów dzięki klimatowi Sceny Eksperymentalnej. Scena muzyczna zachwyca się ich połączeniem math rocka i noise rocka, na koncert przyszło bardzo dużo ludzi. Kompozycje zespołu cechuje żywiołowość, można więc było dać upust emocjom w chaotycznym tańcu. Grając piosenki z albumu pt. Schlagenheim (m.in. Near DT, MI, Ducter czy 953) muzycy wyglądali trochę jak żywcem wyjęci z jakiegoś westernu. Ich utwory na żywo brzmią jeszcze lepiej i bardziej intesywnie, choć w ostateczności koncert nie wybrzmiał tak dobrze jak mógł wybrzmieć. Można to zrzucić na brak luzu członków zespołu – na scenie byli bardzo poważni i zbyt skupieni na grze, a słuchając tak energicznej muzyki można sobie wyobrazić lepszy kontakt z publicznością.

black midi/fot. Mateusz Stypuła

Jarvis Cocker introducing JARV IS…
Rozedrganie i przebodźcowanie spowodowane głośnym koncertem black midi, który skończył się 10 minut przed tym jak Cocker zaczął grać, spowodowało, że jego koncert nie wybrzmiał dla niektórych tak dobrze jak mógł wybrzmieć. To chyba zwykły przeskok jakościowy – projekt JARV IS… tworzy piosenki, nad którymi trzeba się skupić nawet na żywo. I to jest zarówno wadą jak i zaletą. Singiel MUST I EVOLVE? wybrzmiał świetnie. Każda z zagranych piosenek opowiadała o ważnych rzeczach (a może pseudo-ważnych, bo zbyt ogólnikowo tłumaczonych), np. o ewolucji, czy o tym, że trzeba się dzielić, a Jarvis Cocker mówił o tym w dość luźny sposób. A na scenie pokazywał klasę i zachowywał się jak prawdziwy frontman. Miał też bardzo dobry kontakt z publicznością. Przed jedną z piosenek otworzył ciasteczka z imbirem i częstował nimi publiczność. Miły gest. Chociaż i tak we wszystkim zabrakło jakiejś naturalności.

Jarvis Cocker/fot. Mateusz Stypuła

THE GASLAMP KILLER
Szalony DJ-set na Scenie Leśnej. THE GASLAMP KILLER mówił ze sceny, że przyleciał do Polski z Kalifornii na jeden dzień, specjalnie na festiwalowy koncert. Muzyka, którą puszczał wahała się między rapem, rave’ami z głębokim beatem, a elektronicznymi kompozycjami z tureckimi i egipskimi instrumentalizacjami. Najciekawsze jest jednak to co mówił: Na początku co chwilę robił Rrrrraaa, a charakterystyczne dla tego dwugodzinnego setu były też jego szalony śmiech słyszalny co jakiś czas i wycie jak wilk. Mówił również: 95% tego setu jest jeszcze niewydane albo Możecie już tego nigdy nie usłyszeć. Puścił więc np. całkiem nowy utwór Monopoly z Thundercatem na basie. Kilka razy wspomniał niedawno zmarłego producenta Rasa G i zagrał jego kompozycje, wspominał, że na świecie jest coraz gorzej, ale muzyka jest coraz lepsza. Wszystkiemu towarzyszyła bardzo ładna gra świateł. Nie biły po oczach, a momentami cieszyły kolorami. Dobrze się tego słuchało i do tego tańczyło.

THE GASLAMP KILLER/fot. Mateusz Stypuła

Dzień drugi

Soccer Mommy
Jeśli chodzi o wrażenia, ten dzień był spokojniejszy, a jednak nadal można było doświadczyć czegoś pięknego. Koncert Soccer Mommy na Scenie Trójce był bardzo klimatyczny. W jej muzyce można wyłapać delikatne naleciałości sceny Nashville skąd pochodzi, wszystko dobrze zmieszane z bardzo przyjemnym indie rockiem. Soccer Mommy na scenie to kilkuosobowy zespół i Sophie Allison grająca na gitarze elektrycznej. Piosenki, które można było usłyszeć w Katowicach są ładne i ciepłe, z wyraźną nutą melancholii, a na żywo brzmią naprawdę dobrze. Soccer Mommy zagrała wraz z zespołem takie utwory jak np. Your Dog, Last Girl, Henry, Wildflowers czy cover Bruce’a Springsteena I’m on Fire. Profesjonalizm na scenie, widoczne wczuwanie się w grę na instrumentach – można było zamknąć oczy i kołysać się w rytm tej lekkiej muzyki. Pod koniec muzyczka została sama na scenie i zagrała jeszcze kilka piosenek, a z koncertu wyszło się z uśmiechem na ustach.

Soccer Mommy/fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

Electric Wizard
Krótko: metal w wykonaniu muzyków z Electric Wizard brzmiał klasycznie i ciężko, choć melodyjnie. Scena Leśna i drzewa wokół niej stworzyły świetny, trochę mroczny klimat. Muzyka nie męczyła. O osobliwości tego koncertu świadczyły również wyświetlane za grającym zespołem urywki z filmów pornograficznych – na oko z lat 70. i 80. Nagość i motocykle. Dużo motocykli.

Electric Wizard/fot. Mateusz Stypuła

Ammar 808
To też krótkie podsumowanie: dwie godziny mocnych rave’ów z głębokim basem, późno w nocy, pod namiotem Sceny Eksperymentalnej. Wspaniały klimat. Świetnie się tańczyło do tego setu, chociaż można było odnieść wrażenie, że Ammar 808 chwilami przesadzał z podkręcaniem tempa.

Ammar 808/fot. Mateusz Stypuła

Dzień trzeci

P.Unity
I znów zespół, którego najlepiej posłuchać na żywo, by przekonać się jak świetnie brzmi. Scena Leśna i słońce stworzyły piękny klimat pod ich funkujące kompozycje z cudownym vibem. Duży skład zespołu robił wrażenie. Tak samo jak to, że w ich utworach jest mnóstwo luzu i przyjemnej atmosfery – aż chciałoby się przymknąć oczy i tak bujać w rytm ich muzyki. Koncertowe wykonania piosenek z albumu pt. Pulp mają w sobie jeszcze więcej luzu. Atmosfera ładnie działała na publiczność. I co można więcej powiedzieć niż to, że był to dobry, słoneczny funk i dobry słoneczny koncert?

P.Unity/fot. Mateusz Stypuła

Trupa Trupa
Trupa Trupa idzie w zaparte: koncert na festiwalu mocno przygotowywał publiczność pod premierę nowej płyty zespołu pt. Off the Sun. Wydawnictwo ukaże się we wrześniu, a w Katowicach można było usłyszeć trochę nowości, które bardzo dobrze brzmiały na żywo, łącząc w sobie piękną emocjonalność i dużą dawkę energii. Energii, która udzielała się części publiczności. Pozostaje tylko czekać na nową płytę.

Trupa Trupa/fot. Mateusz Stypuła

Phum Viphurit
Większość ludzi, którzy przyszli na koncert tego muzyka prawdopodobnie nie spodziewała się usłyszeć beatboxingu, a jednak. Członkowie zespołu Phum Viphurita zaskoczyli publiczność i wywołała jej entuzjastyczną reakcję. I bardzo ładnie wybrzmiał ten beatbox. Poza tym koncert muzyka i jego zespołu był niesamowicie przyjemnym doświadczeniem. Pięknie funkująca i lekka muzyka wybrzmiała bardzo dobrze, ponieważ piosenki Viphurita na żywo mają w sobie nawet jeszcze więcej luzu i energii niż w wersjach studyjnych. Na koncercie można było usłyszeć utwory z płyty Manchild (np. Adore), ale nie zabrakło singlowych Lover Boy i Hello, Anxiety. Muzyk miał też dobry kontakt z publicznością i widać było, że nie opuszcza go dobry humor. Bardzo dobry koncert pełen lekkiej atmosfery

Phum Viphurit/fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

Daughters
Jeden z najlepszych koncertów tegorocznej edycji festiwalu. Muzyka tego zespołu już w wersji studyjnej poraża pięknym hałasem, surowością i tym jak wiele emocji i dzikiej energii się w niej kryje. Na żywo jest tego wszystkiego dwa razy więcej. To też muzyka, której trzeba doświadczyć na żywo, nie tylko ze względu na wysoką ekspresyjność głosu wokalisty Alexisa S.F. Marshalla. Wszystkich muzyków na scenie cechowało niesamowicie ekspresyjne zachowanie, a wokalista skupiał na sobie całą uwagę publiczności gdy w pozornie chaotyczny sposób poruszał się na scenie. W namiocie Sceny Eksperymentalnej zjawiło się bardzo dużo ludzi i już pół godziny przed rozpoczęciem koncertu zrobiło się tam ciasno. Koncert rozpoczął się od piosenki The Reason They Hate Me, pięknie ekspresyjnego i żywiołowego połączenia melodyjności ze ścianą hałasu. Można było dać upust swoim emocjom i publiczność bardzo szybko zaczęła pogować. Energia płynęła ze sceny i na scenę, a wokalista miał wspaniały kontakt z publicznością – i to dosłownie, bo już po chwili zszedł ze sceny by zaśpiewać przy ludziach, a potem kilka razy robił crowdsurfing śpiewając na rękach ludzi. Bardzo często też schodził ze sceny by tak pośpiewać i pozwolić się dotknąć rozentuzjazmowanym fanom, a niektórym ludziom dał nawet szansę wykrzyczenia kilku zdań razem z nim. To był pierwszy koncert zespołu w Polsce, Zapowiadając jedną z piosenek wokalista zaczął mówić o tym, że powinniśmy się wszyscy szanować i nie można szerzyć nienawiści, a wśród publiczności padło nawet pytanie Czy on mówi o Białymstoku? Oprócz wspomnianego The Reason They Hate Me, na koncercie można było usłyszeć takie piosenki jak The Lords Song, Satan in the Wait, The Dead Singer, Our Queens (One Is Many, Many Are More), Long Road, No Turns, Less Sex, The Hit, The Virgin, Guest House, Daughter i Ocean Song. Wszystkie utwory brzmiały fantastycznie i niezwykle energicznie. Rewelacyjny koncert.

Daughters/fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

Suede
Daughters postawili koncertową poprzeczkę bardzo wysoko i chociaż Suede zagrali z pełnym profesjonalizmem, dobrze i na poziomie, nie wybrzmieli ostatecznie tak dobrze, jak mogli wybrzmieć. Na odbiór ostateczny odbiór koncertu bardzo wpłynął też świetny kontakt z publicznością jaki miał wokalista Brett Anderson. Schodził często ze sceny do publiczności i śpiewał wśród fanów. Pod sceną robiło się wtedy ciasno, bo ludzie parli naprzód, żeby tylko być bliżej swojego idola. Na koncercie można było usłyszeć materiał przekrojowy z różnych płyt zespołu, np. Animal Nitrate, Killing of a Flashboy, The Drowners czy zagrane na początku As One. W pewnym momencie wokalista usiadł na scenie i opowiedział o grupce fanów znajdujących się pod sceną, która jeździ na koncerty zespołu po różnych krajach. Podziękował im za to dedykując piosenkę The Wild Ones, którą zagrał na gitarze akustycznej. Zespół bisował potem dwa razy: zagrał akustyczną wersję She’s in Fashion, by zakończyć koncert piosenką Life Is Golden. Bardzo ładnie.

Suede/fot. Mateusz Stypuła

OFF Festival zaskoczył wysokim poziomem koncertów i wspaniałą atmosferą. Najlepsza edycja od lat.