Mogłoby się wydawać, że cztery zespoły, które zagrały 13 lipca w warszawskim klubie Chmury muzycznie nie są specjalnie ze sobą połączone. Mimo to ich brzmienia świetnie się ze sobą zazębiły. A co najważniejsze – przez cały wieczór dało się czuć świetną atmosferę, pełną luzu i wzajemnego szacunku.

Blush Cannon
Muzyka Blush Cannon, projektu Kaspra Lisowskiego, łączy w sobie wiele wyzwalającej melancholii, smutku i specyficznej energii. Teksty jego piosenek cechuje wrażliwość, szczerość i emocjonalność. Nieprzypadkowo kojarzy się to z twórczością Phila Elveruma – sam Blush Cannon stwierdził ze sceny, że to jedna z jego największych inspiracji w ostatnich latach. Muzyk scoverował nawet Headless Horseman, piosenkę The Microphones. Cover wyszedł pięknie, a było to dość wierne odtworzenie oryginału, ponieważ Lisowski grał na gitarze elektrycznej. Poza tym na koncercie można było usłyszeć utwory z wydanej pod koniec maja debiutanckiej EP-ki Blush Cannon pt. The Bench, m. in. In You I Wanna Die, Guilty of Being a Man czy Silence i Silence, Pt. 2 (Wounds). Każda z piosenek brzmiała bardzo dobrze i niosła ze sobą duży ładunek emocjonalny, słyszalny też w głosie wokalisty. Muzyk dziękował też swoim przyjaciołom i wydawcy z Who Am I Now Records. Ten ostatni miał zagrać z nim na koncercie, ale ostatecznie zatrzymały go sprawy rodzinne. Niemniej jednak Lisowski świetnie poradził sobie sam. I właśnie – to był debiutancki koncert klubowy Blush Cannon, a muzyk przepraszał ze sceny za to, że się trochę trzęsie ze zdenerwowania. A jednak nie było tego w ogóle widać, a publiczność reagowała emocjonalnie i z entuzjazmem na każdą piosenkę. Dzięki tekstom i wykonaniu można było się mocno wzruszyć.

Blush Cannon/fot. Mateusz Stypuła

Revive
Kategoria Zespoły, które trzeba zobaczyć na koncercie czas start. O ile Blush Cannon przygotował publiczność na emocjonalność, o tyle Revive dostarczyli ludziom wiele energii. Na koncercie Revive można było doświadczyć prawdziwej i surowej punkowej energii. O ile uderza już ona w studyjnych wersjach ich utworów, na żywo czuć ją o wiele bardziej. To też wciąż brudne i hałaśliwe dźwięki. Wokalista zespołu przez cały koncert śpiewał wśród publiczności. Rzucał się i ruszał chaotycznie w rytm muzyki oraz wyrzucał z siebie słowa krzykiem pełnym surowości. Odniósł się też w dość krytyczny sposób – choć niebezpośrednio –  do tekstu Filipa Szałaska o polskim niezalu. Energia płynąca zarówno ze sceny jak i spod sceny szybko udzieliła się ludziom na sali i część publiczności zaczęła pogować. Zespół zagrał piosenki ze swojej demówki, m. in. Ostatnie Dni Lata, ale można też było usłyszeć utwory z nadchodzącej, rodzącej się w bólach, EP-ki Revive. Stuprocentowo zachowana esencja punku, surowe brzmienie i dużo energii. A ludzie szaleli i można było się porządnie spocić.

Revive/fot. Mateusz Stypuła

Zwidy
To nie był koniec pogo: szczera i pełna emocji muzyka Zwidów wyzwalała w ludziach równie dużo energii co poprzedni koncert i krótko po rozpoczęciu koncertu niektórzy zaczęli pogować.  Spoglądając na ten tłum z bezpiecznego miejsca można było pomyśleć jak pięknie wyzwalająca jest muzyka zarówno Zwidów, jak i Revive (albo Syndromu Paryskiego, ponieważ ich koncert też był niesamowicie żywiołowy) i mimo różnic brzmieniowych można w niej znaleźć wspólny mianownik. Muzycy również odnieśli się ze sceny do sprawy tekstu analizującego polski niezal, broniąc Trzy Szóstki. Bo przecież gdyby nie Kwiatkowski, nie grali by pewnie dla pełnego klubu. Koncert w Chmurach był dla nich  dość wymagający pod względem technicznym: pęknięte struny podkreślały żywą naturę koncertu. Można było usłyszeć takie piosenki jak Polip, Częściej wychodzę z siebie niż ze strefy komfortu, Ostatnie pięć lat, Na szczęście, Władysławowo czy Dość – dla przyjaciela – choć sam zespół przyznał, że nie lubi tej piosenki. Wszystko nabrało surowości i słychać było każdą niedoskonałość. Wielość emocji zawarte w dźwiękach i ekspresyjnych głosach Artura Koszałki i Krzysztofa Sarośka sprawiły, że piosenki brzmiały bardzo dobrze. Widać było, że muzycy dają z siebie wszystko, a reakcje publiczności były entuzjastyczne.

Zwidy/fot. Mateusz Stypuła

Syndrom Paryski
Zdarte gardła, spocone koszule i radosne twarze. Oto skutki Syndromu Paryskiego. Trzeba przyznać, że zespół brzmi coraz lepiej z koncertu na koncert, a i zawsze potrafi jakoś zaskoczyć. Ich twórczość również cechują wrażliwość, emocjonalność i żywiołowość, ale inne niż w przypadku poprzednich zespołów. Nie umniejszając poziomu reszty zespołów, wszystko zdaje się być bardziej na luzie. To zdecydowanie  pomogło po dusznym i emocjonalnie zbitym koncercie Zwidów i nie doszło do przeładowania emocjonalnego. Chociaż? W piosenkach Syndromu Paryskiego tak samo można znaleźć nadmierną (w tym dobrym sensie) ilość emocji. A energia w nich zawarta sprawia, że na żywo wypadają fantastycznie. Podczas koncertu w Chmurach można było usłyszeć takie piosenki jak np. Sygnały końca pociągu, Hymny dla przegranych, Zwiedzanie czy Ross. Nie zabrakło też Nie dawaj mi rad, określanej przez zespół Wczasy jako największy hit Syndromu Paryskiego. Atmosfera w klubie była niesamowita. Ludzie pogowali, tańczyli, śpiewali z zespołem. Pod koniec koncertu, wokalista Wojtek Filipowicz zapytał Znacie Telefony? i zespół scoverował Telefony, ale nie utwór Republiki (choć sampel gitary tam jest, więc niby tak, a niby nie), tylko Mobbyn. Zaraz potem wokalista zaprosił na scenę przyjaciela zespołu u którego się wtedy zatrzymali i zespół, wspólnie z nim, zagrał Wonderwall Oasis – a ludzie tylko wyjmowali telefony chcąc to wszystko uwiecznić. Piękna energia, dużo emocji, niezwykła szczerość i świeżość.

Syndrom Paryski/fot. Mateusz Stypuła

Podczas wykonywania Wonderwall/fot. Mateusz Stypuła

Świetna, luźna atmosfera. Wrażliwość i emocjonalność wyrażona w czterech różnych formach na świetnych koncertach. W klubie Chmury przede wszystkim czuć było niesamowitą ilość energii: tej płynącej zarówno ze sneny jak i tej udzielającej się licznie zgromadzonej publiczności.