Ostatni weekend czerwca. Wieczór. Piękny budynek Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku. Radosne oczekiwanie na koncerty i zimny wiatr, który przeszywał na wskroś nieprzygotowanych na taką pogodę ludzi. Tak rozpoczął się Halfway Festival.

Dzień pierwszy:

Wędrowiec
Zespół tworzy muzykę balansującą pomiędzy popem, folk popem, a folktroniką. Wśród publiczności dało się słyszeć komentarze porównujące piosenki Wędrowca do popowych piosenek zespołu LemOn. Nie jest to nietrafione porównanie – podobieństwa jawią się zarówno w barwie głosu wokalisty Macieja Moszyńskiego czy ogólnym charakterze kompozycji zespołu – cechuje je nośność i melodyjność. Kontuzjowanego skrzypka Grzegorza Gadziomskiego – obecnego na widowni – zastąpiła Sara Malinowska. Na znakomicie nagłośnionej i oświetlonej scenie amfiteatru Wędrowiec zagrał piosenki z ich debiutanckiej płyty pt. Zwierzęta nocne, takie jak np. Obietnica czy Pęd, podczas którego Moszyński zachęcił do oddania się rytmowi piosenki. Pisane przez wokalistę teksty piosenek poruszają tematy – zgodnie z nazwą grupy – wędrówki, mówią też o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie i spoglądaniu w głąb siebie. Momentami aż nazbyt jednak słychać, że były one pisane pod muzykę; dzieje się tak przez dobór słów czy chęć zbudowania schematu rytmicznego. Taka egzystencjalność ubrana w lekką formę nie jest zła, trzeba ją tylko odpowiednio wyrazić – co zespołowi udało się połowicznie. Niemniej jednak piosenki na koncercie brzmiały dobrze i porwały sporą część publiczności.

Wędrowiec/fot. Mateusz Stypuła

GYDA
Niesamowite jest to, że Islandia, taka samotna wyspa, wydała na świat tyle muzycznych talentów. Wiolonczelistka i wokalistka Gyda Valtýsdóttir wystąpiła z towarzyszącym jej kwartetem smyczkowym i perkusistą. Śmiało można stwierdzić, że muzyczka oczarowała publiczność swoim koncertem. Ważnym elementem jej twórczości jest granie ciszą. Każdy jej utwór jest delikatny i stonowany, podobnie jak głos i jej częste wokalizy. W amfiteatrze zrobiło się bardzo atmosferycznie, a klimatu dodawał uparcie wiejący zimny wiatr oraz przepiękne oświetlenie, świecące niczym gwiazdy na niebie. Większość kompozycji, które GYDA wykonała podczas koncertu pochodziła z jej płyty pt. Evolution wydanej w 2018 roku. Można było usłyszeć takie piosenki jak Moonchild napisane dla wyśnionej córki, Strange Attractor czy Í Annarri Vídd. Wszystko miało klimat jak ze słodkiego snu, a sami muzycy nie mogli uwierzyć, że publiczność domaga się bisu. Ta przyjemna muzyka, która zdaje się nieść ulgę na koncercie brzmiała bardzo urokliwie.

GYDA z zespołem/fot. Mateusz Stypuła

These New Puritans
Zdaje się, że na koncert tego brytyjskiego zespołu przyszło najwięcej osób. Rozstawiona na scenie duża ilość sprzętu zapowiadała ciekawe doświadczenie dźwiękowe. I już początek koncertu dał tę satysfakcję: na żywo ich piosenki są niezwykle żywiołowe i porywające. To objawiało się zarówno w mocnych uderzeniach perkusji jak i pięknej melodyjności, której w kompozycjach zespołu nie brakuje. Wokalista i basista Jack Bennet skupiał na sobie całą uwagę. Słychać też było, że muzycy są dobrze zgrani ze sobą. These New Puritans zagrali na festiwalu piosenki w większości z wydanej pod koniec marca tego roku, wydanej po 6 latach przerwy, płyty zatytułowanej Inside the Rose. Ich set otworzyło A-R-P, a później można było usłyszeć takie piosenki jak Infinity Vibraphones czy Where The Trees Are On Fire. przy której można było dostrzec całujące się pary. Na setliście pojawiło się też trochę starszych piosenek, np. Attack Music. Na żywo to niemal bomby energetyczne. Zespół grał świetnie, a po dwóch bisach muzycy dostali owacje na stojąco od większości osób znajdujących się na widowni. Mocna dawka energii.

These New Puritans/fot. Mateusz Stypuła

Dzień drugi:

Trzy odmienne i ciekawe projekty muzyczne. Trzy inspirujące koncerty – każdy w inny sposób. Tak było w pierwszym dniu tegorocznej edycji Halfway Festival. Polecamy też obejrzeć świetną fotorelację z całego festiwalu autorstwa Zuzanny Święckiej. W kolejnych dniach niektórym nie udało się już uczestniczyć we wszystkich koncertach. Na drugi dzień zrobiło się cieplej, a jednak nadal bardzo klimatycznie.

K Á R Y Y N
Głęboki bas i atmosferyczne ambientowe tła w twórczości tej armeńskiej muzyczki sprawiają, że chciałoby się przymknąć oczy i położyć: nie usnąć, lecz rozmarzyć. Sprzyja temu senny i na swój sposób uspokajający klimat tych kompozycji. Biorąc te aspekty pod uwagę można odnieść wrażenie, że festiwalowy koncert  K Á R Y Y N wypadłby jeszcze lepiej, gdyby usłyszeć go po zachodzie słońca bądź w półmroku. Chociaż i tak jej muzyka brzmiała w Białymstoku cudownie i stworzyła bardzo przyjemną, tajemniczą atmosferę. Już pierwsza piosenka przeświadczyła o niezwykłej klimatyczności występu. Wokalistka zaśpiewała ją klęcząc, ubrana strój luźno inspirowany tradycyjnym strojem ormiańskim. Później wstała i ustawiła się za specjalnie wtoczonym na scenę podestem z instrumentami. Chodziła też po całej scenie i tak śpiewała. Na koncercie można było usłyszeć piosenki z jej debiutu pt. The Quanta Series, który ukazał się pod koniec marca. Wszystkie brzmiały przepięknie, szczególnie Yajna i Binary. A spokojniejsze, minimalistyczne kompozycje – takie jak Ambets Gorav – sprawiły, że w amfiteatrze zrobiło się niezwykle klimatycznie. Publiczności bardzo podobał się ten koncert i nie pozwoliła K Á R Y Y N skończyć bez bisu. Muzyczka nie wiedziała co może jeszcze zagrać, aż w końcu zdecydowała się na nową, nieopublikowaną jeszcze nigdzie kompozycję. Mówiła przy tym, że jest trochę inna niż to co grała. A jednak brzmiała równie dobrze i po jej wykonaniu K Á R Y Y N większość publiczności wstała by nagrodzić ten koncert brawami. Bardzo ładnie.

Początek koncertu K Á R Y Y N/fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

My Brightest Diamond
Shara Nova zagrała zdecydowanie najbardziej elektryzujący koncert drugiego dnia festiwalu. Rozpoczęła go przebojowym It’s Me on the Dancefloor, śpiewając w niebieskim szlafroku bokserskim z białymi, czerwonymi i żółtymi elementami, wśród publiczności na wyższych rzędach amfiteatru. I tak schodziła coraz niżej, znacząco się przy tym nie spiesząc i tańcząc do rytmu, aż w końcu weszła na scenę. Towarzyszył jej tam jeden muzyk: perkusista Jharis Yokley. Razem tworzyli bardzo zgrany duet. Podczas koncertu muzyczka była często w ruchu, tańczyła i patrząc na jej uśmiech można było zrozumieć jak dużo radości daje jej granie koncertu. My Brightest Diamond grała w większości piosenki z jej najnowszego albumu A Million and One. Można było jednak też usłyszeć starsze utwory, takie jak This Is My Hand, Pressure, Be Brave czy I Have Never Loved Someone, ale też najnowszy singiel Quiet Loud. Jej muzyka na żywo brzmi bardzo dobrze i momentami uwalniała dużo energii. Ma też ładny i ważny przekaz – żeby nie bać się być sobą. Co może i brzmi bardzo ogólnie i daje wrażenie, że każdy może tak powiedzieć, jednak wsłuchując się w teksty można z nich czerpać więcej dla siebie. Biorąc to pod uwagę aż dziwi, że publiczność wstała z miejsc siedzących dopiero podczas White Noise, ostatniej piosenki. Muzyczka była szczęśliwa, że jej muzyka spotkała się z tak pozytywnym odbiorem wśród publiczności, a w pewnym momencie nawet wspomniała o swoim pierwszym koncercie na Halfway Festival, jeszcze jako inna osoba, pod innym imieniem i z innym repertuarem. A ten koncert zakończył się oczywiście zakończył się entuzjastycznymi okrzykami i owacjami.

Shara Nova i Jharis Yokley/fot. Mateusz Stypuła

Julia Holter
Muzyka Julii Holter na żywo działała uspokajająco, niosła ukojenie i orzeźwienie. Multiinstrumentalistka wystąpiła na scenie amfiteatru w towarzystwie swojego pięcioosobowego zespołu Aviary Band. Underneath the Moon rozpoczęło koncert i wprowadziło w nastrój swobodnego skupienia. Koncert dał w pełni odczuć efemeryczność i klimat kompozycji tej multi-instrumentalistki. Samo to gdzie miał on miejsce bardzo wpłynęło na jego intymny charakter. ]Julia Holter zauważyła to zresztą dwa razy gdy stwierdziła, że to publiczność wspaniale wygląda w tym półkolu a jej samej się świetnie gra. Na setliście znalazło się 11 piosenek z dwóch ostatnich albumów studyjnych wokalistki. Z Aviary, oprócz Underneath the Moon, można było usłyszeć uroczo żywiołowe Le Joux to You i Whether, intymne i atmosferyczne Voce Simul, Words I Heard, Chaitus i zjawiskowo wykonane i trochę odśpiewane z publicznością I Shall Love 2. Muzyczka wraz z zespołem zagrała też Silhouette, Feel You i Betsy on the Roof z albumu Have You In My Wilderness. Melodyjność i atmosferyczność dźwięków urzekały, była w nich też spora dawka inspirującej i kojącej melancholii. Cudowne doświadczenie dla zmysłów, pełne zarazem delikatności i siły. Muzyka w jakiś sposób introwertyczna, która uwalnia od nadmiaru emocji i daje poczucie lekkości. I ten koncert dał takie uczucie. Później, po koncercie, można było usłyszeć opinie ludzi, którzy byli na wcześniejszym koncercie Julii Holter w Sosnowcu i zdecydowanie chwalili koncert na białostockim festiwalu za brzmienie i świetną atmosferę. Niektórzy fani również spotkali się z wokalistką.

Julia Holter i Aviary Band/fot. Mateusz Stypuła

Dzień trzeci

Ostatni dzień festiwalu. Upalny dzień sprzyjał tworzeniu cudnej, letniej atmosfery. A wieczór był już czasem pięknej muzyki.

Palina
Na początku koncertu Palina przedstawiła siebie jako smutną piosenkarkę z Białorusi. Stwierdzenie pół żartem, pół serio. W jej twórczości – spokojnym i melodyjnym elektronicznym popie – jest pewna doza smutku i melancholii. Na scenę wyszła z laptopem, podpięła się do syntezatorów, grała też na keyboardzie. Widać było po niej zdenerwowanie. Po podpięciu się powiedziała, że przygotowała sobie na kartce kilka słów na przywitanie publiczności po polsku. Zaczęła czytać, ale sprawiało jej to trudność i stwierdziła, że publiczność i tak zrozumie język białoruski, a ona rozumie język polski. Później zaczęła grać i można stwierdzić, że zaczarowała większość ludzi swoim atmosferycznym głosem. I kilka słów przychodzi na myśl przy próbie opisania jej muzyki: melodyjność, delikatność i zwiewny smutek. Palina zaśpiewała piosenki z wydanej w połowie kwietnia płyty Грустные песни, m.in. Дёготь, Хармс i Я пойму (Belyaev Remix). Miała też przygotowaną, jak sama powiedziała jedną weselszą piosenkę, ale ostatecznie nie zaśpiewała jej. Na scenie Palina wykonywała zwiewne ruchy rękami w rytm muzyki i można było sobie pomyśleć, że wokalistka czaruje. W jej twórczości jest również sporo wrażliwości i na koncercie można to było usłyszeć. Dodatkowo jej głos wyrażał dużo emocji. Ten występ miał bardzo przyjemny klimat.

Palina/fot. Mateusz Stypuła

tęskno
To również był bardzo klimatyczny koncert, tęskno operuje przecież na styku brzmień nowoczesnych i klasycznych. Ich muzyka ma w sobie pewną dozę intymności i kameralności, która dobrze sprawdziła się na takim mniejszym festiwalu. Hania Rani i Joanna Longić wystąpiły w towarzystwie kwintetu smyczkowego. To brzmienie bardzo pasowało do słońca, które momentami świeciło w oczy muzykom. Ale wszyscy grali uśmiechnięci. Koncert otworzył nowy anglojęzyczny utwór, później można było usłyszeć piosenki z płyty Mi, m.in. Wymówkę, Razem, Galop czy Kombinacje w nowej, przepięknej aranżacji. Później tęskno zagrało jeszcze kolejną piosenkę po angielsku i nowy singiel Bzdury. Specyficzny urok delikatnego brzmienia projektu stwarzał specyficzny rodzaj energii i czasem chciało się kołysać w rytm tej muzyki. Dodatkowo amfiteatr jeszcze bardziej podkreślił jej wyjątkowy wymiar. I chciało się tylko rozmarzyć przy tych spokojnych i melancholijnych dźwiękach. Miało to swój czar.

tęskno + kwintet smyczkowy/fot. Mateusz Stypuła

Alice Phoebe Lou
Ilość energii jaką podczas tego koncertu wykrzesała z siebie ta muzyczka robi wielkie wrażenie. Jest niesamowicie charyzmatyczną osobą. W ciągłym ruchu, tańcząc i kołysząc się do rytmu, śpiewała w większości piosenki z wydanej na początku marca płyty pt. Paper Castles. Dźwięki gitary i cudowny głos wokalistki kołysały i sprawiały, że można było się rozmarzyć. Alice Phoebe Lou grała na gitarze, a wystąpiła razem z zastępczym zespołem, który wsparł ją świetną grą na perkusji, basie, keyboardzie, saksofonie i flecie. Takie piosenki jak Nostalgia, Galaxies, Skin Crawl, New Song, Fynbos czy Something Holy na żywo zyskują pełnię brzmienia i słuchało się tego bardzo dobrze. W pewnym momencie zespół udał się na backstage zostawiając samą Alice i muzyczka zagrała trzy piosenki, w tym Society z jej debiutu Orbit. W trakcie tego małego solowego setu tłumaczyła, że stara się wymyślać jakie piosenki zagra sama dopiero przed albo w trakcie występu. Te trzy jakie wybrała na koncert w Białymstoku brzmiały cudownie i niosły piękne ukojenie. Później zespół wrócił i pozytywna energia płynąca ze sceny zdecydowanie udzielała się publiczności. I aż chciało się wstać z miejsc siedzących. Na parę piosenek przed końcem koncertu muzyczka zauważyła, że zwykle na koncertach proponuje mały taniec i stwierdziła, że podczas tego w amfiteatrze może być trudniej tańczyć, bo publiczność siedzi. Choć i tak go zaproponowała mówiąc będziecie musieli znaleźć własne żebra. Taniec zaczynał się od rytmicznego potrząsania dłońmi, później można było potrząsać ramionami i głową, a później w ruch wchodziła talia. Wokalistka zaprezentowała ten taniec w pełnej krasie. Na sam koniec, gdy przedstawiała towarzyszących jej muzyków, rozpoczęli oni mały jam podczas którego z entuzjazmem rzuciła się na ziemię i przez moment kopała w powietrzu nogami leżąc na plecach. I publiczność tak łatwo jej nie puściła – gitarzystka bisowała. I zaskakuje fakt, że po koncercie bardzo szybko wyszła do czekających na nią fanów (ustawiła się do niej spora kolejka) i rozmawiała z nimi tryskając tą samą energią i pięknym optymizmem. Sam koncert był swoistym zastrzykiem energii i fantastycznym przeżyciem.

Alice Phoebe Lou z zespołem/fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

Energia/fot. Mateusz Stypuła

Halfway Festival. Trzy dni wspaniałych koncertów przeróżnych artystów w bardzo klimatycznym miejscu jakim jest piękny amfiteatr Opery Podlaskiej. Taki mniejszy festiwal to bardzo przyjemne przeżycie.