Michał Rutkowski tworzy jako Bałtyk muzykę pełną szczerości, autentyczności i uderzającej bezpośredniości. 25 czerwca muzyk zagrał akustyczny koncert w klubie CH25 w Warszawie, żeby naprawić zepsutą na wcześniejszym koncercie gitarę. Mateuszowi udało się porozmawiać z Bałtykiem. To rozmowa o początkach jego drogi muzycznej, wpływie emocji na muzykę i nowej EP-ce pt. Helsinki.

Skąd w tobie tyle muzyki?
Bałtyk: Zawsze byłem takim dzieciakiem co miał takie swoje własne zajawki. Takie, że odcinałem się od rzeczy i lubiłem w tą zajawkę bardzo odpłynąć. I wydaje mi się, że muzyka po prostu była jedną z takich zajawek, też z uwagi na to, że też jestem taką osobą dla której ważne jest istnieć emocjonalnie w relacji. Odbieram sztukę jako taką relację. To tworzenie jakiejkolwiek sztuki bardzo dużo mi dało. Z uwagi na to, że po prostu się wkręciłem w muzykę mocno, tak samo w grafikę, ale tam jest trochę ciężej jeśli chodzi o przedstawienie emocji, to po prostu było logiczne przejście dla mnie dalej.

Jak dużą rolę w muzyce grają dla ciebie emocje?
Bałtyk: Pierwszorzędną. To takie coś, co jest stuprocentowym driving forcem za robieniem tego wszystkiego. Jestem osobą bardzo impulsywną i wydaje mi się, że te impulsy na pewno są sprawcą większości tych utworów. I to jest fajne, ponieważ żyjemy teraz w takich czasach, że możemy sobie pozwolić na zapisywanie wszystkiego wszędzie. Fajnie katalogować sobie własne impulsy.

Postęp technologiczny i różne serwisy dużo pomogły.
Bałtyk: Ogólnie możesz mieć w telefonie notatnik i sobie coś tam zapisywać.

Masz jakiś schemat pisania piosenek?
Bałtyk: Nie mam żadnego harmonogramu w procesie. To leci absolutnie losowo. Ostatnio oscyluje, zależy czym się bawię w danym momencie – jeśli idę w lirykę i pisanie wierszy, to najpierw idzie tekst, a jeśli odkrywam coś nowego w muzyce to na pewno najpierw wyjdzie muzyka. Albo jak jakiś film obejrzę, który do mnie bardziej przemówi. Fajnie jest patrzeć na to i nie mieć takiej szczególnej drogi od której zaczynasz i na której kończysz, tylko akcentować to, że wszystko jest taką breją. I odbiorca tego nie zauważy.

Czy Twoje teksty również powstają pod wpływem impulsu, czy masz już je mniej więcej opracowane w głowie?
Bałtyk: Coś przychodzi, spisujesz, potem to składasz jak robisz muzykę. Potem to śpiewasz, nie pasuje ci coś to zmieniasz, czytasz coś ciekawego to dorzucasz tam co znajdziesz, coś przeżyjesz. Te rzeczy są jak taki kisiel. I strasznie cieszysz się z tego, że zrobiłeś kisiel, bo wychodzi ci dobry. 

A przykładowo: jak dużo w piosence Dogville z Self-help Pt. 1 jest z filmu Larsa Von Triera Dogville?
Bałtyk: Oglądałem sobie ten film, bo lubię oglądać filmy i losowa sytuacja sprawiła, że uznałem – fajnie jest o tym coś napisać. Film sam w sobie istniał jako backdrop do wszystkiego i to wszystko nie miało jakoś wpływu formatywnego.

Więc jak filmy na ciebie wpływają?
Bałtyk: Wszystko zależy z kim je obejrzę i w jakim stanie się znajduję. Można być w takim podatnym stanie i wtedy bardzo wpływają różne bodźce, a jak jestem w takim przymkniętym stanie, kiedy jestem otwarty bardziej na swoje własne bodźce, to mniej. To się po prostu zmienia. Jak człowiek jest w takim stanie, że może się bardziej w filmach zagłębić, to można z nich bardzo dużo wyciągnąć. Dużo ukraść. I to jest fajne. Ostatnio coraz mniej kradnę i się cieszę trochę z tego, a z drugiej strony jestem zły na siebie.

Dlaczego jesteś zły?
Bałtyk: Kradnięcie w sztuce jest bardzo ludzkie. Poprzez kradzież tego co nam się podoba, z czym się utożsamiamy, jesteśmy bliżej samych siebie niż jakbyśmy starali się sami przedstawić to co czujemy. Wydaje mi się, że jak piszę teksty, przedstawiam je używając odniesień do rzeczy, które na mnie mocno wpłynęły. Kończy się to tak, że są one bardziej moje niż na przykład jakbym napisał coś sam z siebie. Wiem, że na pewno jest zawsze pewien filtr powstający kiedy tworzysz coś w stu procentach sam, w zupełnym odcięciu. Próbowałem się zupełnie przerzucić na noszenie notatnika i pisanie bez żadnego dostępu do różnych innych źródeł. Robiłem sobie takie detoksy, ale dawało to gorsze efekty. I złości mnie to, że jestem coraz mniejszą gąbką na to wszystko.

Chciałbyś czuć, że to stworzyłeś jest w pełni autorskie?
Bałtyk: Wydaje mi się, że nie ma czegoś takiego jak coś w stu procentach autorskiego. Oczywiście mam dużo takiego materiału, ale jak teraz tak to patrzę to utwory w których jest trochę więcej naleciałości o wiele dłużej zostają. Ale na przykład Dogville nie ma żadnych naleciałości. Chociaż w ogóle tego nie analizuję, tylko jestem osobą, która pierdzi muzyką [śmiech].

Może dobrze, że tego nie analizujesz – można się przy tym mocno zapędzić. Z drugiej strony smutek również wydaje się napędową twojej muzyki, i to w tym ciężkim czy katartycznym aspekcie. Czujesz jakąś zmianę kiedy z ciebie to wszystko wychodzi?
Bałtyk: Nie. Mówi się o tym katartyzmie i to bardzo fajny cel, ale jak patrzysz na to co tworzę, to swego rodzaju proces. Gdy idealizuje się to co się robi, to ten proces nigdy nie będzie katartyczny dla twórcy. Można idealizować, że będzie katartyczny w takim a takim momencie, ale tak naprawdę nigdy taki nie będzie jeśli ma się zapał, żeby poświęcać temu całą swoją energię. Muszę chyba na jakieś wakacje pojechać albo znaleźć sobie hobby typu zbieranie znaczków, żeby to było dla mnie naprawdę katartyczne.

Szczególnie, że wydałeś dwie płyty w ciągu kilku miesięcy i zdaje się, że bardzo dużo piszesz.
Bałtyk: Tak, i też dużo rzeczy zostaje. Wydaję to co świeże, bo jest mi bliższe, a to dla mnie ważne. Ostatnio poddaję się wirom gwałtownego tworzenia. Tworzę dużo i naraz. To fajne, bo to co tworzę jest wtedy niesamowicie organiczne. Taka będzie EP-ka, która wyjdzie jutro i bardzo mnie to cieszy. Jak pokazałem ją przyjaciołom, tak niektórzy piszący – muzyczkowcy i super ludki – powiedzieli łee stary, co to jest. A ja strasznie się z niej cieszę. Jest bardzo organiczna, bardzo moja. 

Możesz to jakoś rozwinąć?
Bałtyk: Ta EP-ka nazywa się Helsinki. Pięć utworów, które się na niej znalazły zostało nagranych w stu procentach analogowo na four-tracku, na gitarze klasycznej. Teksty to wierszyki, które sobie pisałem. Jest tam bardzo dużo bolesnej bezpośredniości, ale takiej dla mnie, bezpośredniości aż niebezpiecznej. Uderza mnie to bardzo, a z drugiej strony jestem zadowolony, że pozwalam sobie na bycie tak bardzo na talerzu. Słuchając tego wydaje mi się, że to jak do tej pory mój najbardziej emocjonalny materiał. Ciężko mi się go słucha. Nie wiem czy to co tworzyłem było tworzone dla tego właśnie efektu i czy to dobry końcowy moment, ale zauważam, że ten minialbum właśnie taki jest; zarówno dla mnie, jak i dla ludzi, którzy mieli z nim styczność. Oni też po jakimś czasie od niego stronią. Jakoś tak wyszło. Cieszę się jednak, że jest czymś bardzo organicznym, co powstało ze mnie, z ostatnich paru miesięcy.

Dało Ci to jakąś ulgę?
Bałtyk: Dało przekonanie, że jestem blisko siebie, blisko tego czym jestem i [po chwili zastanowienia] że jestem świadomy tego co się ze mną dzieje. To jest super. I to, że mogę przedstawić, przekazać co czuję i co jest moje.