Trzeci dzień festiwalu przyniósł skupienie na różnych obliczach elektroniki. Zmiana pogody na gorszą nikogo nie zniechęciła, ponieważ można było rozgrzać się dzięki muzyce.

The Dumplings
Publiczność, dość tłumnie zgromadzona na wydzielonej strefie Placu Wolności (jak i poza nią, bo zebrał się spory tłum i przechodniów i fanów bez festiwalowych opasek), mogła usłyszeć piosenki z wydanej w 2018 roku płyty zespołu pt. Raj, między innymi Przykro mi, Kino czy Deszcz. Trzeba przyznać, że te kompozycje dobrze brzmią na żywo, mają w sobie energię niekiedy zmieszaną z melancholią, a nawet i pewną dozą mroku – zawartą w ich tekstach piosenek. The Dumplings prosili o dodanie otuchy oklaskami nowemu perkusiście, który gra z nimi dopiero od kilku koncertów. Choć to świeża krew w zespole, muzyk poradził sobie na koncercie bardzo dobrze. wokalistka Justyna Święs, na scenie całkiem ekspresyjna, śpiewała pięknym i czystym głosem. Kuba Karaś mocno wczuwał się w grę, cały czas można było zobaczyć też jak rusza do rytmu jedną nogą. Muzyk robi w zespole naprawdę dużo i z każdą nowością słychać rozwój jego umiejętności producenckich. Oprócz piosenek z Raju The Dumplings zagrali Kocham być z Tobą oraz dwa covery: Running Up That Hill (A Deal With God) Kate Bush i Grandę Brodki. Można też było usłyszeć ich świetną muzyczną interpretację wiersza Agnieszki Osieckiej Ach nie mnie jednej, przed którą Święs zachęciła publiczność do śpiewania razem z nią. Jako, że był to ich pierwszy koncert plenerowy w tym roku, podczas wykonywania Kocham być z Tobą wokalistka poprosiła publiczność o przykucnięcie, aby potem podskoczyli na znak – zespół robi tak na koncertach już od jakiegoś czasu. Na koniec zespół zagrał entuzjastycznie przyjęte Tam gdzie jest nudno, ale gdzie będziemy szczęśliwi. To był żywiołowy, porządny koncert. Koncertowy rozwój The Dumplings cieszy.

The Dumplings/ fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

Warszawskie Combo Taneczne
To trochę jakby cofnąć się w czasie i trafić na przedwojenną potańcówkę, i to najlepszą z najlepszych. Warszawskie Combo Taneczne wykonuje piosenki z XX wieku, takie które można teraz usłyszeć co najwyżej na weselach (i to wykonane w większości dość nieciekawie) lub gdy wuj, ciotka, dziadek lub babcia wypiją sobie trochę za dużo i odpłyną w dawny świat. W tych pozornie prostych i rozrywkowych kompozycjach kryje się dużo uroku, a nawet i niewypowiedzianego piękna, które ożywa gdy zagra się je odpowiednio zaaranżowane. Muzycy Warszawskiego Comba Tanecznego grali na bandżoli, mandolinie, trąbce, saksofonie, klarnecie, kontrabasie, gitarze i pile. Takie połączenie instrumentów dało niezwykle klimatyczne brzmienie. Zespół zaprezentował piosenki, które prawdopodobnie 95% publiczności słyszało choć raz w życiu, takie jak Tango milonga, Ach te Rumunki, Chodź na Pragę czy napisaną w warszawskim gettcie Przyznaj się, którą Jan Emil Młynarski zadedykował pamięci ofiarom z getta. Trzeba przyznać, że publiczności bardzo podobał się ten koncert, a co poniektórzy pląsali sobie w rytm tych piosenek. Pełen profesjonalizm!

Warszawskie Combo Taneczne/ fot. Mateusz Stypuła

JAAA
W nocy w klubie TAMA można było otrzymać potężną dawkę elektroniki. W kompozycjach zespołu JAAA lekkość i melodyjność dobrze kontrastuje z nieraz bardzo klubowym zacięciem. Tworzy to bardzo specyficzny klimat: z jednej strony można poczuć błogość, z drugiej siła kompozycji chwilami przeczy chęci zachowania spokoju. I pozostaje jedynie tańczyć i wczuwać się w rytm każdego z utworów. Właśnie tak było na tym koncercie. Widać było zaangażowanie muzyków, piosenki dobrze brzmiały na żywo (można było usłyszeć między innymi Iwo), energia udzielała się publiczności i cały występ upłynął bardzo szybko.

JAAA/ fot. Mateusz Stypuła

Zamilska
Zamilska na żywo: niesamowita moc, energia, głębia.  A przede wszystkim bardzo dużo basu, który uderza po uszach i czuje się go w całym ciele. Odbiór tamtego koncertu można rozpatrywać nawet w ramach niezwykle intensywnego a nawet i oczyszczającego doznania. Z początku spokojna i skupiona producentka, w miarę trwania koncertu zaczynała coraz częściej i częściej tańczyć w rytm granej przez siebie muzyki. Tempo pozwalało tylko na dość epileptyczne ruchy, co w połączeniu z grą świateł robiło fantastyczne wrażenie. To jak dobrze brzmiały wszystkie grane przez muzyczkę utwory, wspomniane ruchy i gra świateł sprawiało że publiczności udzielała się energia. Nic tylko skakać w duszności i tłumie. Szaleństwo, ekspresja i zapomnienie trwały godzinę, a Zamilska zaprezentowała w tym czasie premierowo swój nowy materiał. Poza nowościami można było usłyszeć np. utwór Closer, zagrany (a raczej zagrany I WYSKAKANY) na koniec.  Każda z tych kompozycji brzmi rewelacyjnie i tylko czekać aż będzie można posłuchać tych nowych utworów w wersjach studyjnych –  choć czar brzmienia na żywo został rzucony i można być pewnym, że spora część publiczności jeszcze nieraz wybierze się na koncert tej świetnej producentki.

Zamilska/ fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

Tak zakończyła się tegoroczna edycja festiwalu Spring Break, jednego z najpiękniejszych świąt muzyki w Polsce.