Od 30 stycznia do początku marca Kælan Mikla zagrał 28 koncertów w różnych europejskich miastach. Trasa promująca wydany w 2018 roku trzeci album studyjny zespołu pt. Nótt eftir Nótt zakończyła się 1 marca w krakowskim Klubie RE, a przed Kælan Mikla zagrał jeszcze Some Ember.

Some Ember
Twórczość tego muzyka z Berlina balansuje gdzieś pomiędzy mroczniejszym synthpopem, a darkwavem. To zdecydowanie napędzane syntezatorami brzmienie, choć raczej inne od tego prezentowanego przez islandzkie trio, bo nie ma w sobie tak wielkiej dawki dzikości i surowości. Co nie jest złe, przeciwnie: senny i subtelny charakter piosenek zdawał się wprowadzać w trans. Some Ember ma też na swój sposób kojący i atmosferyczny głos, co jeszcze podkreśliło specyficzny klimat panujący na koncercie. Dodatkowo wokalista śpiewał z zaangażowaniem. Najpierw muzyk wyszedł na scenę w kurtce koloru wypranej czerni i – co ważne – z pomalowaną na srebrno twarzą. W czasie występu zdjął kurtkę, a pod nią miał złotą, świecącą koszulę. Wtedy, może przez świecące mocną czerwienią reflektory w klubie, jego twarz zdawała się być pomalowana na złoto. Gdy nie śpiewał, grał na syntezatorze, a na nim miał przymocowaną świecącą na czerwono dłoń z tworzywa sztucznego. To  również dodało wyjątkowości do tego klimatycznego koncertu. Można odnieść wrażenie, że wszystkie piosenki zagrane przez Some Ember w Krakowie brzmią lepiej właśnie na żywo. Koncert Some Ember dobrze przygotował publiczność na występ Kælan Mikla. Ta muzyka ma swój specyficzny urok.

Some Ember/ fot. Mateusz Stypuła

Kælan Mikla
Śladów zmęczenia dłuższą trasą nie było w ogóle widać, a zespół zagrał cudowny koncert. Muzyczki przedarły się przez tłum, weszły na scenę i po chwili można już było usłyszeć dźwięki intro – utworu Gandreið. Muzyka zespołu jest niesamowicie atmosferyczna. Synth punkowe kompozycje zawierają w sobie dużo dziwnej energii i zdają się hipnotyzować swoim brzmieniem. Ta mroczna muzyka przyspiesza bicie serca. Żywiołowość kompozycji zespołu najlepiej obrazuje się podczas koncertu. Grająca na syntezatorach Sólveig Matthildur Kristjánsdóttir przez niemal cały koncert ruszała się do rytmu tak szybko, że trudno było uchwycić ją na zdjęciu, nie rozmazując przy tym jej postaci. Wokalistka Laufey Soffía bardzo często tańczyła ramionami i dłońmi, a nawet najbardziej skupiona na grze basistka Margrét Rósa Dóru-Harrysdóttir równie często ruszała się do wygrywanego przez siebie rytmu. Wszystkie trzy muzyczki wystąpiły w bardzo podobnych do siebie czarnych sukniach ze srebrnymi naszyciami w różnych miejscach i bez butów. Ze sceny aż kipiało charyzmą i niezwykłą energią, a atmosferyczny wokal Laufey Soffíi zdawał się rzucać zaklęcia w rytm wspaniałej muzyki. Warto też wspomnieć o czarno-białych wizualizacjach wyświetlanych w czasie koncertu za muzyczkami. Potęgowały one nastrój mroku, tajemniczości i swego rodzaju baśniowości wywoływany przez muzykę zespołu.

Kælan Mikla/ fot. Mateusz Stypuła

Atmosferyczność przejawia się też w charakterze całego koncertu, bo każda z muzyczek (a najbardziej wokalistka) zdaje się być pogrążona w transie.  Podczas koncertu w Krakowie można było usłyszeć wszystkie piosenki najnowszego wydawnictwa zespołu. W tej samej kolejności co na płycie, choć przerywane starszymi utworami, m. in. Óráð,  Kalt i Upphaf. Każda z kompozycji brzmiała prześwietnie, grana z piękną ekspresją i zaangażowaniem.  Laufey Soffía odzywała się rzadko, choć gdy już to robiła, niemal emanowało od niej dobrocią i serdecznością. Radość jaką sprawia temu zespołowi granie koncertów była prawie namacalna. Publiczność usłyszała szczere podziękowania za przybycie na ostatni koncert na trasie pierwszy raz mniej więcej w połowie występu. Później wokalistka powiedziała Teraz zagramy piosenkę Nótt eftir Nótt, którą nagrałyśmy ze znanym muzykiem Bang Gang. Zespół zaczął grać, ale chwilę potem przerwał. Margrét Rósa miała problemy techniczne z kablem od basu. Laufey Soffía wytłumaczyła chwilę później, że kilka dni wcześniej basistce zepsuł się bas. Nową gitarę kupowały dosłownie w dzień koncertu i Laufey Soffía prosiła ludzi w klubie o wyrozumiałość, ponieważ był to pierwszy raz kiedy Margrét Rósa grała na tym sprzęcie. Możliwe, że oklaski publiczności dodały otuchy członkiniom zespołu. Po przepięciu i przetestowaniu basu, i grupa mogła grać dalej. Po tej piosence publiczność usłyszała Zagramy teraz dla was ostatnią piosenkę na ostatnim show na tej trasie i Kælan Mikla zagrał Dáið er allt án drauma, który bardzo dobrze sprawdził się jako outro. Słysząc gorący aplauz ludzi zgromadzonych w klubie, muzyczki jednak nie zeszły ze sceny i po krótkiej chwili wokalistka powiedziała Dziękujemy bardzo. Zagramy jeszcze jedną piosenkę. I zagrały Glimmer og aska. Później zespół ukłonił się trzy razy i wokalistka podziękowała krakowskiej publiczności, a także Some Ember oraz organizatorowi całej trasy koncertowej po Europie.

fot. Mateusz Stypuła

Marzec rozpoczął się niezwykle atmosferycznymi i pełnymi energii koncertami Kælan Mikla i Some Ember w Krakowie. Każdy występ przekazał dużo emocji i klimatu. Ekspresja, autentyczność – to piękno tej muzyki. I oczywiście mroczna, tajemnicza atmosfera charakteryzująca kompozycje zarówno Kælan Mikla jak i Some Ember. Niesamowite przeżycie.