Twórczość KAMP! od zawsze cechowała niewymuszona lekkość kompozycji i nieraz mocna dawka tanecznej elektroniki. Dare i ich poprzedni album dzielą trzy pełne koncertów lata. Brzmienie projektu osiągnęło w pewien sposób nowy i ciekawy poziom.

Niemal każda z nowych piosenek tria swoim brzmieniem stwarza klimat bardzo wakacyjny i ciepły. Kompozycje wyzwalają też sporą dawkę energii. I są pełne porządnych i mocnych bitów. F.O.M.O. (oraz kilka innych piosenek) budzi skojarzenia z hitami producenckiego tria Major Lazer. Muzycy z KAMP! wiedzą jak stworzyć wpadający w ucho utwór. Na Dare przeważają właśnie takie lekkie i energiczne aranżacje. Ta wspomniana energia  została dobrze wyważona: nie ma się do czynienia z jej ciągłym strumieniem, bo na płycie pojawiają się spokojniejsze kawałki w rodzaju New Season czy Drunk. Warto zwrócić uwagę na drugi z wymienionych utworów. To jeden z najlepszych momentów na płycie i świetny, spokojny i klimatyczny duet z Hanią Rani. Dzięki swojej melodyjności również numer Mañana (nothing really there) szybko zapada w pamięć.

Co najbardziej uderza na Dare to szerokie zastosowanie przetwarzających wokal programów i niespotykana wcześniej tak  bardzo w dyskografii tria radiowość piosenek. Wszystkie piosenki mogłyby spokojnie znaleźć się na zagranicznych listach przebojów, w efekcie jednak pojawia się pytanie: czy KAMP! przy całej tej przebojowości  nie zatracili oryginalności brzmienia, czegoś co wyróżniałoby ich spośród innych? Czas pokaże. Dare to świadomy i interesujący zwrot w historii zespołu.

Muzycy z KAMP! na pewno nie powielają schematów. Każde z ich wydawnictw reprezentuje sobą coś innego. Dare to płyta pełna energicznych, przyjemnych i bardzo przebojowych piosenek. Wspomniana przebojowość i słyszalny w większości kawałków przetworzony wokal zdaje się być zarówno jej zaletą, jak i wadą. Koniec końców to na pewno porządna dawka elektronicznych brzmień.