Patrick the Pan powrócił z nowym albumem. Wokalista i producent zdecydował się nagrać go w całości po polsku. W efekcie powstała płyta szczera, zajmująca i bardzo klimatyczna.

Liryczność Patricka the Pana osiągnęła nowy poziom. Muzykowi wprawdzie często zdarzały się tekstowe perełki w rodzaju Lewiwy czy najbardziej znanych Niedopowieści, tym razem jednak niezwykle uniwersalnymi tekstami udało się mu zapełnić całą płytę. Mając na uwadze Piotra Madeja podkreślającego skupienie na sobie – i to jak bardzo ta płyta ma odzwierciedlać to kim był, kim jest i kim może być, podsumowując pewien rozdział w jego życiu – fakt ten robi wielkie wrażenie.

Warto zaznaczyć też, że bez względu na swój klimat piosenki są bardzo chwytliwe. Przykładem może być Cham. Wszystko w tym utworze szybko zapada w pamięć – nic więc dziwnego, że to singiel. Ktoś zdecydowanie wie jak je wybierać i to żaden przytyk. Wydawnictwo ciekawi od początku, czy to  krótkim utworem Otwarte, stanowiący jakby zapowiedź tego czym będzie całość, czy  kawałki takie jak Brutus itp., Mandala czy  Pn-pt, 10-18. Szczególnie uwagę przykuwa S3E01. Tekst tej piosenki, choć zadziwiająco uniwersalny, jest niczym prywatna notatka o lękach i wątpliwościach.

Muzycznie nie ma tu wielkich zmian w brzmieniu. To wciąż melancholijna i klimatyczna alternatywa. Chłodnych kompozycji pełnych elektronicznych wstawek tu mniej. Przewodzi tu często spokojny, a chwilami wyraźnie zaznaczony bas, akustyczna gitara i fortepian, często w zmiennych proporcjach. Gdzieniegdzie odzywa się gitara elektryczna akcentując znaczenie słów wyśpiewywanych przez wokalistę. O klimacie stanowią też elektroniczne podkłady wyznaczające rytm na przemian z żywą perkusją. Szybki i aranżacją kojarzący się chwilami z bardziej piosenkowymi utworami Radiohead O słowach przynosi potrzebną zmianę, oderwanie się od wszechobecnej melancholii, w którą i tak później zanurzy się z powrotem. Bardzo dobrze sprawdził się też minimalizm w Rude. Kawałek urzeka tak, jak powinien. Imiona tajfunów, duet z Ralphem Kaminskim, brzmi świetnie. Wszystko się tu zgadza, zarówno pod względem muzycznym jak i tekstowym. Kawałek zapada w pamięć, a tekst mądrze ilustruje zderzenie dwóch skrajności. Na płycie znajduje się też Nie wiem, brzmiący trochę jak eksperyment, ciekawy instrumentalny numer przywołujący arabskie klimaty.

trzy.zero to płyta opływająca w melancholii i urzekająca klimatem. Tematycznie bardzo spójna, jest też pełna autentyczności, szczerych tekstów i dobrych kompozycji. Piękne połączenie osobistych analiz i uniwersalności przekazu.