Każdy album Mitski to zbiór niezwykłych piosenek opowiadających o emocjach, uczuciach, pragnieniach, potrzebach i lękach. W jej dyskografii nie ma płyty na której powielała by schematy. Nie inaczej jest z Be the Cowboy. Wokalistka swoimi piosenkami zaprasza do samotnego tańca.

Wydawnictwo rozpoczyna singlowe Geyser. Mitski śpiewa tam (choć niebezpośrednio) o wszystkim co musiała poświęcić by robić to co robi, jako muzyczka. W pewnym momencie utworu dźwięki wybuchają jak tytułowy gejzer. Całość aż kipi od emocji, słyszalnych najlepiej w głosie wokalistki. Be the Cowboy zdaje się być najsmutniejszą płytą z dyskografii. Tematy sławy i samotności pojawiają się tu bardzo często. Melancholia była od zawsze obecna w piosenkach Mitski, na nowej płycie jednak utwory zdają się tu być jej nośnikiem częściej niż zazwyczaj. Tym razem ta melancholia ukryta jest pod warstwą gitar bądź elektroniki i rytmów przy których aż chciałoby się zatańczyć. Tak jest z melodyjnym i zaskakującym tanecznym klimatem Why Didn’t You Stop Me? W końcowej partii utworu pojawia się nawet trąbka. Old Friend to piękny, klimatyczny i raczej nostalgiczny w wymowie kawałek. Przeważa w nim gitara akustyczna, ale można też usłyszeć delikatne klawisze. Gitara elektryczna pojawia się w A Pearl, napisanym o toksycznej relacji, czy to z drugą osobą czy toksycznym stosunku do samego siebie. Mitski porównała tę relację do perły, którą ciągle się trzyma i obraca w palcach. To pełen energii kawałek z bardzo ekspresyjnym refrenem, a muzyczka śpiewa głosem pełnym emocji.

Lonesome Love to delikatniejszy, bardziej prosty utwór na gitarę akustyczną i gdyby inaczej zaśpiewany (bardzo dobrze, że tak się nie stało), rytmem mógłby kojarzyć się nawet z country.  Tu znów pojawia się temat samotności, słyszalnej w głosie wokalistki. Wśród wersów o niemożności odparcia się pewnym cechom charakteru bądź urokowi niektórych osób, z jej ust padają ciekawe słowa: Nobody fucks me like me. I nawet do tego aż chce się tańczyć. Rockowa energia powraca w fantastycznie brzmiącym Remember My Name, w którym Mitski śpiewa o rozdarciu pomiędzy chęcią bycia zapamiętaną, a rzeczywistością, która często rozczarowuje. Instrumenty dęte pojawiają się znów w refrenie Me and My Husband. Come into the Water oferuje chwilę spokoju i refleksji nad potrzebą artysty wychodzenia ze swojej strefy komfortu, choć to sformułowanie się tu nie pojawia.

Najsmutniejsza na płycie to też jedna z tych najbardziej tanecznych: Nobody. Rytmem zaprasza do tańca, choć mówi o samotności i potrzebie kontaktu z drugim człowiekiem. Brzmi rewelacyjnie. Gdyby ktoś poczuł się zmęczony po tańcu w rytm tego kawałka, Pink in the Night, atmosferyczna ballada o miłości oraz minimalistyczna i klimatyczna A Horse Named Cold Air oferują chwilę wytchnienia. Można zamknąć oczy, choć zaraz po nich następuje ostatnie uderzenie energii przed finałem – w dwóch numerach – Pierwszy z nich to Washing Machine Heart, rytmem zachęcająca do klaskania (zapewne tak będzie na koncertach) i urzekająca melodią i elektroniką, świetnie komponującą się z głosem Mitski. Energia płynąca z dźwięków Blue Light dobrze kontrastuje się z tekstem pełnym niepokoju. Forma piosenki zmienia się w połowie: żywy utwór pełen rockowej energii zmienia się w klimatyczną balladę. Taki zabieg sprawdził się bardzo dobrze i całość brzmi świetnie. Album zamyka atmosferyczna, spokojna i smutna piosenka Two Slow Dancers.

Mitski udało się zawrzeć na tej płycie wiele emocji. Jej głos jest ich nośnikiem, tak samo jak klimatyczna muzyka. Be the Cowboy to płyta pełna ubranych w delikatnie taneczne rytmy i elektroniczne smaczki, zgrabnie przeplatanych rockową energią piosenek. Wyczuwa się jednak w nich sporą dawkę melancholii. To solidne i niesamowicie klimatyczne dzieło.