Sonbird
Pierwszy dzień tegorocznej edycji Kraków Live Festival może kojarzyć się z bieganiem od sceny do sceny oraz (jak to zwykle na festiwalach bywa) kolejkami do foodtracków i napojów. Jednak muzyka pozostała na pierwszym planie – koncerty zdecydowanie się udały. Sonbird znów zagrali na pełnym słońcu. Członkowie zespołu zdawali się nie przejmować ciepłem i grali energicznie. Szybkie, indie rockowe piosenki podobały się publiczności. W miarę trwania koncertu pod sceną pojawiało się coraz więcej osób. Fanki skakały w rytm (jak można przypuszczać) swoich ulubionych piosenek, a po prawej stronie sceny dwóch mężczyzn urządziło sobie nawet małe pogo. Wokalista Dawid Mędrzak ciągle zachęcał ludzi do skakania i klaskania. Pomyłka perkusisty Maćka Hubczaka pod koniec jednego z utworów raczej nie wpłynęła negatywnie na odbiór koncertu przez coraz weselszą publiczność. Letnie granie na letnie klimaty.

Mery Spolsky
Uszczęśliwiona możliwością występu na festiwalu Mery Spolsky kilka razy nawiązywała do Die Antwoord, grających zaraz po jej koncercie. Wokalistka nie kryła radości z faktu, że może ich supportować i powiedziała też ze sceny, że ten zespół był dla niej zawsze jedną z dwóch największych inspiracji. I rzeczywiście, w muzyce Mery Spolsky można usłyszeć pewne echa twórczości tego południowoafrykańskiego tria: właśnie w nieraz porywających bitach i bezpośrednich, pełnych dystansu i humoru tekstach, pozbawionych jednak dużej dozy wulgarności. I ten brak to nic złego, Die Antwoord to Die Antwoord. Pozytywna energia płynąca ze sceny wkrótce udzieliła się zgromadzonej pod namiotem Kraków Stage publiczności. Mery Spolsky ma z nią świetny kontakt, na scenie jest bardzo naturalna. Elektroniczne instrumentalne partie wspomagały muzyczkę z laptopa, a ona sama często grała na gitarach akustycznych. Miała je ze sobą na scenie dwie: jedną białą w czarne paski, drugą białą z czerwonym krzyżem. Na początku z głośników rozległ się wstęp Dzień dobry very much. Na setliście znalazły się między innymi Nie ma Mery, Przegapiłam pogrzeb swój, Kolego czy Salvador Spolsky. Wszystkie te piosenki brzmiały przepięknie i dynamicznie, wyzwalając w zgromadzonych pod sceną ludziach najlepsze emocje.

Na ekranie za wokalistką wyświetlały się świetne rysunki wykonane przez Mamę Spolsky Ewę. Zapowiadając Wrzesień (nie zrób mnie w konia, au!) muzyczka poprosiła publiczność o zaśpiewanie refrenu, a tłum z entuzjazmem tę prośbę spełnił. I część osób robiła też Au! Podobnie jak podczas Liczydła i Miło było pana poznać: w przypadku tego pierwszego utworu wokalistka poprosiła o klaskanie na dwa w trzech momentach. Podczas występu Mery Spolsky mówiła o swojej fascynacji paskami, dostrzegła w tłumie ludzi w ubraniu w paski i zadedykowała im piosenkę Sukienka w pasky. Muzyczka zagrałat też jedną piosenkę spoza płyty. Z początku liczny tłum rzedniał w miarę jak zbliżała się godzina występu Die Antwoord. Mery Spolsky to zauważyła i zapowiadając ostatni numer (Alarm!) stwierdziła, że też by tak biegła gdyby nie grała koncertu. Tych wszystkich którzy zostali, poprosiła o głośne śpiewanie razem z nią. Szałowy koncert się skończył, a wokalistka prawdopodobnie pobiegła jak szalona zobaczyć jeden ze swoich ulubionych zespołów. To była idealna rozgrzewka przed najbardziej dzikim koncertem dnia.

ok

Mery Spolsky / fot. Mateusz Stypuła

Die Antwoord
Koncert dopiero co się zaczął, a Ninja już skakał ze sceny. Taki crowdsurfing powtarzał bardzo często, bo co kilka piosenek. Zespół pokazał siłę i dziką energię. Scena została wcześniej zasłonięta czarną zasłoną. Wszystko rozpoczął medley Chanting Monks / O Fortuna, zasłona opadła, a na scenę wszedł DJ Hi-Tek z twarzą zakrytą maską kreskówkowej małpy rysowanej brzydką kreską. Chwilę potem zaczął można było usłyszeć mocny beat Pitbull Terrier i na scenę (dosłownie) wskoczył Ninja, wulkan energii o bardzo charakterystycznej prezencji scenicznej i wielkiej charyzmie. Zresztą każdy z członków zespołu prezentuje się niezwykle. Muzycy stworzyli swój mały świat, wykreowali dla siebie bardzo oryginalny i dziki wizerunek. Malutka i pełna życia Yolandi Visser wyszła na scenę tuż przed swoim wersem. Para muzyków znakomicie się dopełniała. Muzycy intrygowali mocą i zaangażowaniem w swoje piosenki, nieustannie przemieszczali się po scenie, biegali i skakali. Yolandi Visser nawet tam leżała. W pewnym momencie Ninja rozpoczął wykonywać Big Fatty Boom Boom, ale po chwili przerwał i prosił o podkręcenie głośności. Faktycznie, za chwilę zrobiło się naprawdę głośno i raper wznowił wykonywanie numeru.

Moc beatów i energia dwójki muzyków porażała i zdecydowanie udzielała się licznie zgromadzonej pod sceną publiczności. Wszyscy skakali i pogowali, w tłumie duszno i ciasno. Die Antwoord zagrali na tym koncercie przekrojowy materiał ze wszystkich swoich płyt. Można było usłyszeć między innymi Girl I Want 2 Eat U, Banana Brain, We Have Candy, Ugly Boy, Fat Faded Fuck Face, Cookie Thumper!, Baby’s on Fire, I Fink U Freaky czy Never Le Nkemise 2. Wszystkie te numery to istne energetyczne bomby i na każdym z nich publiczność wspaniale się bawiła. Brzmiały też fantastycznie. Konferansjerka pary była bardzo w ich stylu. Przed wykonaniem Daddy Ninja zwrócił się do Yolandi: mówił, że świetnie wygląda, ale też Yolandi, who’s your Daddy? W pewnym momencie raper powiedział ku**a, zapytał się What does ku**a mean?, a pod koniec koncertu Yolandi Visser swoim charakterystycznym głosem tak samo przeklęła po polsku, bardzo ładnie i dźwięcznie przeciągając r. Zespół zszedł ze sceny, ale chwilę później powrócił i wykonał jeden bis: Enter the Ninja. To był najbardziej dziki i intensywny koncert ostatnich miesięcy, a biorąc pod uwagę zapowiedziany przyszły rozpad zespołu, na pewno wyjątkowe wydarzenie.

ok

Die Antwoord / fot. Mateusz Stypuła

Unknown Mortal Orchestra
Elektryzująca moc gitar spłynęła na wszystkich zgromadzonych pod namiotem Kraków Stage ludzi, szczególnie tych spragnionych czegoś innego niż ostre i dzikie beaty. Nowozelandzka grupa pierwszy raz odwiedziła Polskę i zagrała niezwykle dobrze. Na setliście znalazło się sześć piosenek z najnowszego albumu zespołu (Ministry of Alienation, Major League Chemicals, American Guilt, Not in Love We’re Just High, Everyone Acts Crazy Nowadays i Hunnybee), ale większość stanowiły utwory z ich starszych wydawnictw. Koncert rozpoczął się wykonaniem From the Sun z albumu II, później czwórka muzyków zagrała Ffuny Ffrends z ich debiutu. Oprócz wspomnianych utworów, w Krakowie można było usłyszeć Swim and Sleep (Like a Shark), brawurowo wykonane Necessary Evil i So Good at Being in Trouble, Nerve Damage! Multi-Love i zagrane jako ostatni numer Can’t Keep Checking My Phone. Rewelacyjna energia Major League Chemicals i American Guilt sprawiła, że pod namiot zaczęło napływać coraz więcej widocznie niezmęczonych poprzednim koncertem osób. To właśnie na piosenki z najnowszej płyty publiczność reagowała najbardziej entuzjastycznie. Koniec końców to był bardzo udany koncert i pozostaje czekać aż muzycy powrócą do Polski na solidny koncert klubowy.

ok

Unknown Mortal Orchestra / fot. Mateusz Stypuła

Kendrick Lamar
Na ten koncert czekało najwięcej osób. I miało na co, bo Kendrick Lamar wypadł wprost rewelacyjnie! Koncert w Polsce był częścią europejskiej trasy the DAMN. tour. Na setliście znalazło się trochę numerów z płyty DAMN. – siedem, wliczając instrumentalną wstawkę z YAH. – oprócz dwóch wyżej wymienionych kolejno ELEMENT., LOYALTY. XXX., LOVE. i wykonane dwa razy HUMBLE. Wstawka z komentarza Geraldo Rivery o występie Lamara na BET Awards (koniec intra BLOOD. płynnie przechodzący w DNA.) zasygnalizowała rozpoczęcie koncertu. Entuzjazm publiczności nie miał sobie równych. Większość osób przez cały koncert skakała, bujała się, tańczyła i skandowała wszystkie piosenki rapera. On sam na scenie zachowywał się raczej statecznie, choć nie brakowało mu też ekspresji, wyrażanej najczęściej przez ruchy rękami. Jeśli chodzi o relację muzyk-publiczność, Kendrick Lamar złapał świetny kontakt z całą publicznością, zarówno tymi tłumnie zgromadzonymi pod sceną ludźmi jak i tymi stojącymi dużo dalej. Raper co chwilę zachęcał do skakania czy wspólnego rapowania kawałków i krzyczał Poland!

ok

Kendrick Lamar / fot. Mateusz Stypuła

Publiczność w Krakowie usłyszała jeszcze King Kunta i Alright z To Pimp a Butterfly. Raper wykonał aż pięć kawałków z good kid, m.A.A.d city – kolejno Swimming Pools (Drank), Backseat Freestyle, Money Trees, m.A.A.d city i Bitch, Don’t Kill My Vibe – pierwszy z nich zapowiadając pytaniem Polsko, czy są na tym koncercie fani mojej pierwszej [w domyśle pierwszej wydanej w znanej wytwórni] płyty? Później zapytał się też Polska! Nie macie dość moich starych numerów? Wspomniane wcześniej HUMBLE. muzyk wykonał dwa razy, choć można powiedzieć, że za pierwszym razem zrobiła to publiczność, głośno skandując cały tekst utworu a capella. Kendrick Lamar wtrącał się tylko chwilami. Zaraz po tym niesamowitym momencie raper wykonał numer już normalnie. Na setliście znalazło  się też miejsce na trzy covery. Niektóre, jak Goosebumps Travisa Scotta czy Collard Greens Schoolboya Q, wykonane w formie skitu z pominięciem wersów nierapowanych w oryginale przez Kendricka Lamara. Reszta, czyli Big Shot ze ścieżki dźwiękowej z muzyką inspirowaną filmem Marvela Czarna Pantera, została wykonana już w całości. Po wykonaniu HUMBLE. muzyk zszedł ze sceny, jednak po chwili znów się na niej pojawił. Mam wykonać jeszcze jeden numer? To niech będzie taki powiedział i wykonał All the Stars, podczas którego wziął na scenę jednego zszokowanego i rozradowanego fana. Fantastyczne zakończenie niesamowitego koncertu!

ok2

fot. Mateusz Stypuła

Bass Astral x Igo

Bass Astral x Igo wystąpili na festiwalu w poszerzonym o gitarę i trąbkę składzie. Ostatni koncert pierwszego dnia festiwalu był bardzo udany. Chwilami klimatyczny, a chwilami energiczny i ekspresyjny. Niezmęczeni po koncercie gwiazdy wieczoru festiwalowicze przyszli potańczyć, atmosfera była do tego wprost idealna. Choć namiot Kraków Stage nie zapełnił się całkowicie, zgromadziło się w nim sporo osób. Zespół zdecydowanie zarażał energią i wypadł naprawdę dobrze. Przed jednym z ostatnich kawałków wokalista Igor Walaszek powiedział jak bardzo cieszą się, że mogli zagrać właśnie na tym festiwalu, w mieście w którym mieszkają. Wszystkie piosenki zagrano z profesjonalizmem i zaangażowaniem. Niektóre z nich, jak np. Somebody, Feeling Exactly czy przearanżowane piosenki Clock Machine, wywołały większy entuzjazm publiczności, choć przez cały koncert ludzie bawili się świetnie. Zdecydowanie udane zakończenie pierwszego dnia festiwalu.