Swoje 595. urodziny Łódź świętowała całkiem hucznie. W dwa dni na Placu Wolności odbyło się 8 bardzo intensywnych koncertów. Pierwszego dnia wystąpili Sonar, Lemon, Organek i Quebonafide. Według oficjalnych danych podanych przez organizatora wydarzenia, bawiło się tam wówczas około 34 tysięcy ludzi. Oto relacja z drugiego dnia koncertów. Dzięki bardzo dobremu nagłośnieniu, można było cieszyć się cudowną muzyką.

Na początku pełniący funkcję DJ-a i zapowiadającego koncerty Hirek Wrona wspomniał o stracie kolejnego wybitnego polskiego muzyka, Tomasza Stańko. Wrona postanowił jakoś uczcić pamięć zmarłego i puścił jeden z jego utworów, a na telebimie wyświetlono zdjęcie Stańki. Średnia wieku widowni pod barierkami wynosiła 15 lat i niestety niektórzy nie okazali należytego szacunku i śmiali się z nudzącego starego dziada. Można było też usłyszeć gorsze opinie. Smutny brak kultury i empatii.

Otsochodzi
Muzycy zaczęli koncert zgodnie z planem, bo chwilę po 19. Najpierw jeden z ich DJ-ów puścił z laptopa mocny bit, a po chwili zza sceny można było usłyszeć już Młodego Jana. W tłumie blisko barierek można było usłyszeć takie perełki jak Nie wiem, znam tylko cztery kawałki albo Niech on już wyjdzie na tą scenę bo ja zwariuję. Mimo wszystko wtedy (i potem) publiczność zachowywała się całkiem kulturalnie. Występ Otsochodzi był iście wybuchowy. Muzycy wykrzesywali z siebie wiele energii biegając po scenie, chodząc od jednego jej końca do drugiego czy skacząc. Całą uwagę oczywiście skupiał na sobie Młody Jan. Raper ma świetny kontakt z publicznością. Wystarczył ruch jedną ręką czy jedno zawołanie by wyzwolić energię żywo reagujących ludzi zgromadzonych na placu wolności. Ręce poszły w górę i wszyscy machali do rytmu (albo czasem nie do rytmu) bitów. Nie zabrakło też bardziej tanecznych, funkowych piosenek – również i wtedy publiczność nie zawiodła, tańcząc i bujając się mniej lub bardziej elastycznie.

good3

Otsochodzi / fot. Mateusz Stypuła

Na setlistę koncertu w Łodzi składały się w większości utwory ze świetnego albumu Nowy kolor: T3l3f0ny, SumieNIE, Nowy kolor, Nienawidzą, AHA, Szary uśmiech (przed wykonaniem tego kawałka raper pytał się ile osób zna ten numer – odzew niestety nie był dość liczny i głośny)  i wykrzyczane przez publiczność Nie / nie. Po wykonaniu tego ostatniego numeru Młody Jan zresztą powiedział Mam wrażenie, że moglibyśmy grać na koncertach tylko ten kawałek i byłoby super. Jednak tak nie robią. Grają więcej i lepiej. Muzyk reprezentuje rap na poziomie, z nieraz inteligentnymi tekstami. Albo z inteligentnym humorem. Młody Jan ma dużo do powiedzenia i jest pełen charyzmy. Podobnie towarzyszący mu podczas występów live Szopeen. Otsochodzi rozwija się lirycznie i producencko. Wszystkim fanom, którzy są z nim od płyty Slam! raper zadedykował pochodzący właśnie z tego albumu numer Bon Voyage. Pod koniec koncertu można było usłyszeć, jak Młody Jan zapowiedział, jego najświeższy numer, z którego jest bardzo dumny. Wspaniale to wyszło. Fani głośno wyprosili jeden bis – drugie wykonanie Nie / nie, równie głośno przez nich odśpiewane. Otsochodzi rozwija się lirycznie i kompozycyjnie. To cieszy ucho. Koncert na Placu Wolności był bardzo dobry i energiczny.

good2

fot. Mateusz Stypuła

good

fot. Mateusz Stypuła

The Dumplings
Mocna dawka elektroniki od Kuby Karasia i pięknie czysty głos Justyny Święs. O Święs pod sceną można było usłyszeć Jezu, jaki ona ma czysty głos, mogłaby spokojnie w teatrze śpiewać. W rzeczy samej. To The Dumplings. Całości dopełnia świetna gra na perkusji, ale to koncertowa wyjątkowość. Taki oto skład zaprezentował się w Łodzi. Wiatr przyjemnie łagodził duszność wieczoru. Cały koncert zespołu był niezwykle klimatyczny. Duet rozpoczął go od zagrania piosenki Oddychasz. Na początek sprawdziła się idealnie i pobudziła do tańca i kołysania się do rytmu. Scena na Placu Wolności była raczej niestandardowo ustawiona, bo barierki były stały dość daleko od niej – wszystko z powodu całkiem długiego wybiegu, po którym muzycy mogli się przechadzać, by spojrzeć na zgromadzonych pod sceną i dalej ludzi. Justyna Święs stwierdziła ze śmiechem jaki wybieg tu macie i podeszła na jego skraj by się przywitać. Kuba Karaś, choć stał dalej, przy swoim sprzęcie, odzywał się często: głównie dziękował za ciepły odbiór wykonywanych przez trójkę muzyków piosenek.

IMG_20180729_202905 (2)

The Dumplings / fot. Mateusz Stypuła

Pomiędzy niektórymi kawałkami na placu zapadała dziwna cisza. Krępowała już ona w pewien sposób osoby zgromadzone pod sceną, a co dopiero na niej. Na pewno wiązała się z tym, że z powodu darmowego wstępu na koncerty, większość publiczności stanowiły jednak przypadkowi ludzie. Święs i Karaś żartami zwracali na nią uwagę i próbowali przełamać tę niezręczność. Muzyk zapytał czy publiczność jest zmęczona skoro to już drugi dzień świętowania urodzin, a wokalistka stwierdziła 595 urodziny, chyba u nikogo nie byliście na 595 urodzinach jeszcze? Częściowo udało im się przełamać tę ciszę później, szczególnie gdy zaprezentowali publiczności Raj: piosenkę zwiastującą ich trzecią płytę, którą mają w planach wydać na jesieni. The Dumplings zagrali dwie starsze piosenki: Nie słucham i Betonowy las. Zapowiadając tą drugą Justyna Święs powiedziała, że w Łodzi jest dużo budynków z betonu, u nich też jest dużo takich budynków i mają piosenkę o betonowym lesie. Prawdziwą dawkę mocnego basu i energii muzycy dostarczyli cudnie wykonując Dark Side. Podobnie z Kto zobaczy i częściowo odśpiewanym przez publiczność Nie gotujemy. Pod koniec koncertu The Dumplings zagrali poruszającą Ach nie mnie jednej. Ostatnia piosenka również została odśpiewana przez część publiczności – zespół pożegnał się Kocham być z Tobą. Ścisła rozpiska godzinowa nie pozwoliła na bis. Odświeżający i klimatyczny koncert.

IMG_20180729_202301 (2)

Justyna Święs / fot. Mateusz Stypuła

Ania Dąbrowska
Z półgodzinnym opóźnieniem (pod barierkami można było usłyszeć No, artyści już tak mają), wokalistka zaprezentowała w Łodzi swoje popowe piosenki o miłości. Koncert rozpoczęła od zaśpiewania Smutek mam we krwi. Już wtedy można było zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsze: w jej zespole grają naprawdę zdolni muzycy, którzy starali się jak tylko mogli by upiększyć tę raczej nudną i przewidywalną muzykę. Po drugie: sposób oświetlenia sceny przeszkadzał w odbiorze muzyki, bo przede wszystkim reflektory raziły po oczach z każdej strony. Skupiając się na pozytywach trzeba przyznać, że był przyzwoity, bo Dąbrowska ma przyjemną, ciepłą barwę głosu, a trzy dziewczyny w chórkach również dawały z siebie wszystko by wszystko wybrzmiało jak najlepiej. Publiczność zgromadzona na Placu Wolności usłyszała właściwie same przeboje wokalistki: Trudno mi się przyznać, W głowie, Bawię się świetnie, W spodniach czy w sukience, Tego chciałam, Poskładaj mnie, Z Tobą nie umiem wygrać i Nieprawda. W pewnym momencie wokalistka przedstawiła publiczności gitarzystę zespołu, Roberta Cichego. Muzyk wydaje właśnie swój debiut solowy i przy okazji zagrał singiel z płyty, pop rockowy Old Times Girl. Większość osób, nawet tych stojących całkiem daleko od sceny i tak uparcie i głośno domagało się jednej piosenki – Porady na zdrady (Dreszcze) – i koniec końców wokalistka zaśpiewała i ją, choć na początku budowała napięcie mówiąc Wiem, że chcecie tej piosenki, ale jej jeszcze nie zagram. Ona będzie, ale nie powiem wam kiedy. Regularny set zakończył się piosenką Charlie Charlie, ale fani nie odpuścili i wyprosili bis – drugie wykonanie Bawię się świetnie.

good

Ania Dąbrowska / fot. Mateusz Stypuła

Róisín Murphy
Gwiazda wieczoru? Jak najbardziej, bo wokalistka dała wystrzałowy i porywający koncert. Piękny zarówno wizualnie, jak i dźwiękowo, ponieważ Murphy była w świetnej formie wokalnej. Jej show otworzył mocny, klubowy bit Innocence. Towarzyszący jej zespół wyszedł na scenę jako pierwszy. Później pojawiła się ona – w brązowej pelerynie narzuconej na zielone spodnie i czarną koszulkę oraz w czarnej czapce ze stojącymi uszami – i zaczęła tańczyć, skakać i ruszać się do rytmu. Wzbudziła w publiczności duży entuzjam i już po chwili pod sceną i dalej ludzie tańczyli, kołysali się albo skakali w rytm tej świetnej piosenki. Gdy numer się skończył, wokalistka podeszła na skraj podestu i krzyknęła Happy Birthday! odnosząc się oczywiście do urodzin miasta. Na koncercie dominował właśnie klubowy klimat, bo Róisín Murphy wydaje właśnie single, które świetnie sprawdziłyby się właśnie w klubach i jednocześnie (dzięki niejednokrotnie błyskotliwym tekstom) mają swoją głębię. W Łodzi wokalistka zaśpiewała wszystkie wydane do tej pory single: oprócz wspomnianej wyżej Innocence, można było usłyszeć funkujące All My Dreams ze świetną linią basu, drugi na koncertowej setliście Plaything, w czasie którego wokalistka zrzuciła pelerynę i Like. Wszystkie te utwory na żywo sprawdzają się fantastycznie i brzmią wspaniale. Swoim rytmem pozwalają wykrzesać z siebie wiele energii i nie sposób choćby tupać nogą do rytmu gdy się ich słucha.

IMG_20180729_225509 (2)

Róisín Murphy podczas wykonywania Innocencefot. Mateusz Stypuła

IMG_20180729_225512-01

fot. Mateusz Stypuła

Ognista wizualizacja wyświetlana na ekranie za wokalistką zasygnalizowała zagranie jeszcze jednej nowej piosenki, i to niemal na początku koncertu. Numer nazywa się Demon Lover i jest dokładnie taki, jak opisywana wyżej wizualizacja. Ostry (ognisty) i klubowy, ze świetną linią melodyczną. Oprócz tego Murphy nie zaśpiewała innej nowej piosenki w całości, jedynie krótki jej fragment jako tease przed Exploitation. Można było się zaskoczyć, bo kawałek klimatem odstaje od klubowych bangerów. To ballada, bardzo melodyjna i przyjemna. Jako, że wokalistka nie podała tytułu piosenki, można tylko przypuszczać, że jest to Flash of Light, bo nową piosenkę o takiej nazwie Murphy wykonywała na trasie wcześniej bieżącego roku. Pozostaje tylko czekać aż następne single ujrzą światło dzienne, a stanie się to już we wrześniu 2018 roku. Na setliście koncertu w Łodzi pojawiły się też dwie piosenki z albumu Overpowered: You Know Me Better i Overpowered. Aranżacja live tego drugiego utworu trochę różni się od wersji studyjnej, co jednak zdecydowanie stanowi o autentyczności koncertu. A sam numer na żywo brzmi przepięknie i stanowi o sile koncertów wokalistki. To jeden z utworów na który fani reagują najżywiej.

good3

fot. Mateusz Stypuła

Róisín Murphy nie poprzestała jedynie na tanecznych bitach i swoich hitach. Wykonała też Ten Miles High z ostatniego studyjnego albumu Take Her Up To Monto, podczas którego przywdziała, tym razem nie strój robotnika jak na promującej płytę trasie koncertowej, tylko srebrną świecącą kamizelkę i białą czapkę z daszkiem, na którą później nałożyła czarną. W pewnym momencie koncertu zarzuciła też na szyję imitację kości żeber i kręgosłupa i tak tańczyła. Bo ruszała się po scenie niemal cały czas. Muzyczka w Łodzi zaśpiewała też, oprócz wspomnianej wyżej Exploitation, dwie inne piosenki ze spokojniejszej, bardziej eksperymentalno-popowej płyty Hairless Toys: Gone Fishing i House of Glass. Oba te kawałki naprawdę dobrze wpasowały się w całość koncertu (bo przecież setlista była pięknie ułożona) i dały chwilę oddechu przed końcowym wybuchem energii. Choć nie do końca. I wtedy można było kołysać się w ich rytm. Na koncertach słychać też jak rewelacyjnie skomponowane są te piosenki. Na zakończenie muzyczka zaśpiewała dwie piosenki z repertuaru Moloko. Pierwszą z nich, Forever More, zadedykowała Matthew Herbertowi, producentowi jej pierwszej solowej płyty Ruby Blue. Mówiła, że po rozwiązaniu Moloko to właśnie on jej pomógł . Druga to oczywiście odśpiewany z publicznością Sing it Back w znanym remiksie Borisa Dlugoscha. Podczas długiego intro do numeru wokalistka zeszła ze sceny i po chwili wróciła ubrana w zielono-żółtą suknię do samej ziemi, z długimi rękawami i znów w czarnej uszatej czapce. Tak przez chwilę śpiewała, stojąc w miejscu i odpoczywając, potem jednak pobiegła za scenę szybko się przebrać, już ostatni raz.

good5

fot. Mateusz Stypuła

good7

fot. Mateusz Stypuła

good

fot. Mateusz Stypuła

Muzyczka często dziękowała za ciepły odbiór piosenek i powtarzała jak cieszy się, że tak dużo osób dobrze się bawi przy jej muzyce. Pod koniec koncertu powiedziała, że ona nie mówi polsku, ale ma kogoś w zespole, kto coś powiedzieć potrafi. I tak jeden z muzyków wyszedł z piwem w ręce i ku uciesze publiczności powiedział Lubię Cię, kochana! Róisín Murphy pożegnała się z publicznością słowami Dziękuję, jesteście wspaniali. Dobrej zabawy po koncercie! Niesamowite wrażeniaKoncert wypadł wprost rewelacyjnie.

IMG_20180729_232532 (2)

fot. Mateusz Stypuła