Dawid Podsiadło
Muzyk zagrał koncert na głównej scenie. Również i na niego przyszło sporo osób, co nie dziwne: w Polsce ma właściwie status gwiazdy, na który zapracował sobie przez ostatnie lata. W Gdyni Podsiadło zagrał głównie piosenki ze swoich dwóch płyt, wszystkie w zmienionych aranżacjach. Tym razem, zamiast liryczności, w muzyce postawiono na przebojowość, bo aranżacje były elektroniczne i imprezowe. Wokalista zachęcał do skakania, grał na pianinie elektrycznym i dużo opowiadał, swoim specyficznym stylem wypowiedzi. Jako najlepsze koncerty tej edycji festiwalu Podsiadło wymienił Depeche Mode i Gorillaz, a zapowiadając swój najnowszy singiel Małomiasteczkowy, powiedział: A teraz to na co wszyscy czekaliście. Wiem, że na to czekaliście. Oprócz wspomnianego singla, na setliście pojawiły się dwie nowości, jedna szybka piosenka utrzymana w podobnym klimacie jak reszta zaprezentowanych w Gdyni utworów i jedna ballada. Dawid Podsiadło zaśpiewał również cover T. Love Bóg. Trzy ostatnie utwory na tym koncercie to w kolejności Trójkąty i kwadraty, W dobrą stronę i właśnie Małomiasteczkowy. Wszystkie piosenki zostały odśpiewane przez żywo reagującą publiczność i wszystko byłoby dobrze gdyby nie jeden niezwykle istotny szczegół: nagłośnienie. Dźwiękowcy widocznie nie potrafili dobrze nagłośnić koncertu, gdyż wszystko było słabo słyszalne. Koniec końców wyszło dobrze, jednak bez większych emocji. Chociaż zasłuchani w piosenkach i głosie Podsiadły fani na pewno przymknęli na to oko.

IMG_20180707_203737

Dziwny rozmyty widok na telebimach sceny głównej podczas koncertu Dawida Podsiadły /fot. Mateusz Stypuła

Bruno Mars
Największym blamażem okazał się być występ headlinera ostatniego dnia festiwalu, czyli Bruno Marsa. Wokalista ten zaprezentował w Gdyni przekrojowy materiał ze swoich płyt, jednak najwięcej piosenek usłyszeć można było z albumu 24K Magic. Mars pojawił się na scenie w towarzystwie kilku tancerzy / wokalistów wspomagających i co jakiś czas odzywającego się DJ-a. Niemal każdej piosence towarzyszyła kolorowa oprawa wizualna i odpalane co jakiś czas sztuczne ognie. O ile na początku fajerwerki zaskakiwały i wywoływały entuzjazm, o tyle później mogły one się już lekko znudzić. Jak z żartem opowiedzianym za dużo razy  – w końcu przestaje śmieszyć. Koncert rozpoczął się od piosenek Finesse i 24K Magic. Wprawne ucho już wtedy zaczęło wyłapywać pewne nieścisłości. Podczas wykonywania trzeciej piosenki, Treasure, już było wiadomo co mogło być nie tak. Bruno Mars śpiewał z playbacku. Na pewno część utworów (jeśli nie cały koncert) poleciało z taśmy. Z jednej strony to dość powszechnie stosowana technika na koncertach mainstreamowych popowych wykonawców, gdzie choreografia na scenie jest często dość złożona. A to zdecydowanie było taneczne show. Z drugiej strony jednak od wokalisty wymaga się chociaż minimalnego szacunku dla publiczności przed którą występuje, a takie zagranie jak na tym koncercie raczej pokazuje jakie muzyk ma podejście do tego co robi. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Swoją drogą Mars umiejętnie manipuluje publicznością, bo zapowiadając jedną z piosenek udawał, że dzwoni do drugiej połówki i mówi Cześć, nie mogę rozmawiać, jestem w Polsce. Mieliśmy jechać do Grecji, ale zdecydowaliśmy się przyjechać do Polski, bo tu jest lepiej. Nie można mu też odmówić charyzmy. A wykonując piosenki ze swojej pierwszej płyty (na przykład Marry You) sam grał na instrumentach. I wtedy można było usłyszeć coś więcej niż podejrzanie czysty wokal. Mimo wszystko niektórzy fani poczuli się zażenowani poziomem tego występu i spora część wychodziła z tłumu ustawionego pod sceną główną już po kilku pierwszych piosenkach. Szkoda, bo to obniża opinię o tak dobrym festiwalu, jakim jest Open’er.

IMG_20180707_220933

Z koncertu Bruno Marsa /fot. Mateusz Stypuła