Pepe.

Koncerty drugiego dnia festiwalu w dużej mierze były do końca przemyślanymi i fantastycznymi widowiskami. Wspaniała muzyka niosła ze sobą ogromne pokłady energii. Pepe. zagrał na zlokalizowanej obok sceny głównej Firestone Stage. Rozpoczął on z opóźnieniem, bo grający na głównej Organek nie chciał kończyć swojego głośnego występu. W końcu muzyk wyszedł i zaczął grać, a wtedy zgromadzona pod sceną publiczność dostała solidny zastrzyk energii. Pepe. grał swoje elektroniczne piosenki z widocznym zaangażowaniem. Widać też  było, jak cieszy się z możliwości zagrania na tym festiwalu. Mocne basy stały się lekiem na stres.

IMG_20180705_193053

Pepe. /fot. Mateusz Stypuła

David Byrne

To właśnie koncert Byrne’a na Tent Stage był do końca przemyślanym widowiskiem. Widać było, że każdy jego element został dopracowany w najmniejszym szczególe. Najpierw przed koncertem z głośników puszczano śpiew ptaków. Słychać było też jak technicy coś montują. Zasłonięto ekran za sceną i wejścia na nią od prawej i lewej strony kurtyną z pociętego, długiego i świecącego materiału. Na środku sceny ustawiono krzesło i stolik, za którym David Byrne usiadł i trzymając model mózgu w ręce, rozpoczął koncert piosenką Here z jego najnowszej płyty. Później na scenę wyszedł ośmioosobowy zespół oraz dwóch tancerzy i wtedy show nabrało rozmachu. To ile siły i energii jest w 66-letnim muzyku, budzi podziw, szacunek, a patrząc na to co on robi na scenie, czasem i zdziwienie. Wokalista biega i zatacza się wyreżyserowanymi ruchami i prawie cały czas tańczy! Tak, bo choreografia tego widowiska chwilami była dokładnie przemyślama i wprost cudowna. Drugim zagranym utworem było Lazy. Oczywiście na setliście nie mogło zabraknąć klasyków Talking Heads, i tak tłumnie zgromadzona pod namiotem publiczność usłyszała I Zimbra, Slippery People, This Must Be the Place (Naive Melody), Once in a Lifetime, Blind, The Great Curve i Burning Down the House. Oprócz tych utworów, swoją drogą rewelacyjnie brzmiących na żywo, Byrne i zespół zagrali I Should Watch TV z jego wspólnej płyty z St. Vincent, Toe Jam projektu Byrne’a i Fatboy Slima oraz kilka innych piosenek z solowych wydawnictw wokalisty: Everybody’s Coming to My House, I Dance Like This, które okazało się porywać bitem (jak można było się tego spodziewać słuchając studyjnej jej wersji), Everyday is a Miracle z pozytywnym przesłaniem w refrenie i Like Humans Do. Wszystkie piosenki zostały przyjęte z ogromnym entuzjazmem (po każdej następowała burza oklasków) i odśpiewane przez publiczność. David Byrne, gdy tylko pozwalała mu na to choreografia, dziękował zgromadzonym w namiocie ludziom. Przed wykonaniem Everybody’s Coming to My House, muzyk przyznał, że on i zespół śledzą to co się dzieje w Polsce i stwierdził z ironią Żyjemy w interesujących czasach. Na sam koniec można było usłyszeć cover protest songu Janelle Monáe Hell You Talmbout. Byrne zapowiedział ją mówiąc W tej piosence pada dużo nazwisk różnych osób, jeśli chcecie dowiedzieć się kim one są, poszukajcie tego w internecie. Ten poruszający utwór zawiera w sobie imiona i nazwiska ludzi zmarłych w wyniku nieprawidłowego egzekwowania prawa i / lub, które padły ofiarą przemocy na tle rasowym. Cały koncert był wprost niesamowity i zapierał dech w piersiach.

IMG_20180705_204739

David Byrne z modelem mózgu w ręce /fot. Mateusz Stypuła

IMG_20180705_205741

Byrne i prawie cały zespół. Basista gdzieś zniknął /fot. Mateusz Stypuła

fot. Mateusz Stypuła

Depeche Mode

Na ten zespół drugiego przybyło najwięcej ludzi i w rezultacie niektórym nie dane było zobaczyć niesamowitych wizualizacji z których słynie Depeche Mode. Najpierw puszczono z taśmy Revolution The Beatles i alternatywną wersję Cover Me. Później muzycy wyszli na scenę i rozpoczęli swój koncert piosenką Going Backwards z najnowszej płyty. Z tego wydawnictwa zagrali później tylko zwykłą wersję Cover Me, zresztą pieknie wykonaną. Reszta utworów zaprezentowanych Open’erowskiej publiczności to już same klasyczne, cudowne numery i niekwestionowane hity z obszernej dyskografii zespołu. Drugie w kolejności It’s No Good zdecydowanie rozgrzało publiczność. A Pain That I’m Used To na koncercie to instrumentalnie wspaniały remix Jacquesa Lu Conta. Później Depeche Mode zagrali PreciousWorld In My Eyes, Somebody, In Your Room, Everything Counts, Stripped i Personal Jesus. Zgromadzeni na terenie festiwalu ludzie nie mogli powstrzymać okrzyków szczęścia i wybuchów radości. Zespół zakończył swój set świetnym wykonaniem Never Let Me Down Again, ale oczywiście na tym nie mogło się skończyć. Muzycy po dłuższej chwili budowania napięcia ponownie wyszli na scenę i zagrali na bis Walking In My Shoes, Enjoy the Silence i Just Can’t Get Enough. Dave Gahan to na scenie ucieleśnienie charyzmy. Bez przerwy w ruchu, biegał i ku uciesze części publiczności, wykonywał różne dziwne ruchy, na przykład chwytał się za krocze, czy ocierał o statyw mikrofonu. Bardzo często wchodził też w interakcje z publicznością, standardowo zachęcał ludzi do klaskania czy krzyczał, że są najlepsi. Muzyka tej grupy na żywo brzmiała fantastycznie i nie straciła przy tym nic z cechującej ją zmysłowości. Depeche Mode to jeden z lepszych, jeśli nie najlepszych, zespołów koncertowych na świecie.

IMG_20180705_222954

Dave Gahan odchylony do tyłu. Widok z telebimu /fot. Mateusz Stypuła

IMG_20180705_230045

fot. Mateusz Stypuła