Twórczość Beach House od początku miała w sobie coś hipnotycznego i przyciągającego. Duet konsekwentnie trzyma się ram gatunkowych, które sam sobie wyznaczył, przez co niektóre z ich albumów, mimo niewymownego wdzięku i czaru tej muzyki, są całkiem przewidywalne i na dłuższą metę nużące. Jednak ich najnowsza płyta to zmieniła.

7 może być krokiem w kierunku zmiany. Małym, delikatnym, jednak dostrzegalnym. Jak lekki wiatr w upalny dzień. Wszechogarniający klimat słodkiej melancholii działa kojąco na zmysły – to nie zmieniło się od pierwszego albumu zespołu. A jednak shoegaze’owa moc i eteryczność (słowo klucz jeśli chodzi o ten zespół) otwierającej płytę Dark Spring to nie to, czego można było się spodziewać. Przepiękny utwór spełnia swoją rolę tworząc specyficzny klimat błogości. Nic tylko zamknąć oczy. Victoria Legrand śpiewa tam o pięknie i sile gwiazd, czerwonych gigantach i gwiazdozbiorze Oriona. Bas i przesterowane gitary w Pay No Mind zdają się płynąć powoli, niby w zwolnionym tempie. To specjalna kompozycja znacząca podjęcie współpracy z producentem Peterem Sonic Boom Kemberem. Wpływ Kembera słychać na całym albumie. To świeże pomysły, urozmaicenie brzmienia, instrumentarium. Na płycie znajduje się też piosenka śpiewana po części w języku francuskim, L’Inconnue (Nieznana). Część utworu znalazła się w numerze nagranym do filmu krótkometrażowego This Must Be the Only Fantasy, a sama wokalistka mówi o tej piosence jako o czymś co już od dawna było napisane, jednak nie mogło znaleźć swojego miejsca w dyskografii zespołu aż do 7. To cudowna, eteryczna i nieco psychodeliczna piosenka, której początek, gdzie nałożony na siebie głos wokalistki sprawia wrażenie jakby recytowała ona jakieś zaklęcie.

Cała płyta zdaje się być ukłonem w stronę np. Slowdive, bo więcej tu odwołań do shoegaze’u niż na większości poprzednich płyt duetu Scally-Legrand. Gitarowa solówka pod koniec Drunk in L.A. zachwyca  i hipnotyzuje, jak i zresztą cały kawałek. Jego tekst opowiada smutną historię starej panny siedzącej samotnie przy barze. Być może miała szalone życie, ale nie ma już nikogo z kim mogłaby podzielić się swoimi wspomnieniami. A słuchając Dive i tego jak świetnie rozwija się ten kawałek (szybsza i shoegaze’ująca druga połowa) zaskakuje i niezmiernie cieszy ucho. Black Car pozytywnie zaskakuje swoim bitem downtempo. To taka piosenka do jazdy samochodem w nocy. Lose Your Smile z kolei to typowy dla zespołu, śliczny i hipnotyczny dream pop, tym razem z wykorzystaniem gitary akustycznej i elektronicznej. Podobnie z bardziej elektronicznym Woo. Liryczną inspiracją do Girl of the Year była historia Edie Sedgwick – jednej z gwiazd filmów Andy’ego Warhola okrzykniętej w 1965 dziewczyną roku. To bardzo smutna historia sławnej osoby, nie mogącej poradzić sobie z problemami natury psychicznej i uzależnieniem od narkotyków. Legrand snuje tę opowieść swoim urokliwym, eterycznym głosem, a wszystko zdaje się unosić nad ziemią. Powoli rozwija się też zamykający płytę siedmiominutowy Last Ride, zainspirowany Nico i jej śmiercią w wypadku rowerowym. To niesamowity kawałek z cudownym, atmosferycznym intro, stanowiący kapitalne zamknięcie rewelacyjnej płyty.

Właśnie atmosferyczność tej muzyki, jej wrażliwość i klimat sprawiają, że choć Beach House nie nagrywa nowatorskich albumów, i tak jest w stanie urzec swoją twórczością. 7 to świeżość w dyskografii duetu i niezwykłe piękno zapadających w pamięć i głaszczących ucho kompozycji.