Dość trudno w dzisiejszych czasach stworzyć tak by zachwycić i zaskoczyć. W końcu tak dużo w muzyce zostało już odkryte. Nie jest to jednak nieosiągalne. Niektórzy przelewają swoje emocje w muzykę, inni starają się tworzyć ją na nowo. Tak jak na albumie  The 2255 czyni P*I*G.

Już The Impulse Church wymykała się ujednoznacznieniom i wprowadzała niesamowity klimat. The 2255 robi to jeszcze lepiej. Można zadać sobie pytanie jak włożyć w formę coś co do niej się nie mieści, nie pasuje? Jakub-Monika Lampart śmiało pcha granice sztuki tworząc gatunek w sztuce i muzyce, enigmatycznie zwany 2255 i oparty, jak można się dowiedzieć na stronie P*I*G, na ESPX i Filozofii Impulsu. O ile na poprzedniej płycie projektu utwory można było jeszcze luźno określić mianem eksperymentalnego lo-fi, o tyle tutaj próba jednoznacznego i w miarę krótkiego nadania tym numerom ram stylistycznych (jako całości) spełza na niczym. To w pełni świadome i bardzo dobrze dopracowane dzieło. Każdy z utworów stanowi sam o sobie, dając podpowiedź pragnącym muzycznie zdefiniować 2255. Melancholijna, nieco lamentacyjna i niezwykle melodyjna ballada I Am The Cross z ledwo słyszalnym śpiewem muzyka wprowadza w odpowiedni hipnotyczny nastrój. A jeśli otwierający płytę kawałek nie zahipnotyzował w pełni, brzmieniem przywołującym wschodnie, azjatyckie klimaty czy nawet world music zrobi to The Brush Stubble. Cosmic Prides Of Autumn czaruje pięknym klimatem, a The Strange Land Of Aspirin Overdose, zgodnie z tytułem zabiera w dość dziką, psychodeliczno-eksperymentalną podróż. Bardzo wyróżnia się tu również folkowe (ocierające się chwilami o country) Lack Of Taste. Całość zwieńczona trwającą ponad 13 minut, niezwykłą Symphony 2255.

JM Lampartowi trudno odmówić  umiejętności tworzenia świetnych, oryginalnych melodii. Na tej płycie jest ich pełno. Muzyk gdzieniegdzie wspaniale wykorzystuje brzmienie keyboardu, syntezatorów (kojarzące się brzmieniowo z najlepszymi starymi piosenkami New Order Ecstasy) czy, akordeonu. Wszystko zdaje się po to, by dać odpocząć od zwyczajnej wizji piosenki z gitarą. Cel osiągnięty, bo 2255 jako gatunek artystyczny został należycie przedstawiony, pozostawiając jednak na tyle niedopowiedzeń na ile są mu one potrzebne i dając całkiem szerokie pole do interpretacji. The 2255 to album niesamowicie spójny, pełny fantastycznie brzmiących utworów i wprowadzający w życie wizję twórcy i multiinstrumentalisty JM Lamparta. Stanowi on dzieło przemyślane, choć w pewnym sensie szalone i nieokreślone.

P*I*G stara się tworzyć muzykę nieograniczoną formą czy gatunkiem, w świecie lubującym się w ustanawianiu i narzucaniu ściśle określonych ram. Czy poruszy to muzykę (sztukę) do przodu? Na chwilę obecną nie wiadomo, ale nikt nie zabroni próbować. Cegiełka po cegiełce, krok po kroku. Płyta po płycie. To wcale nie takie nieosiągalne jeśli każda następna będzie tak dobra, albo nawet i lepsza (jak to osiągnąć?) jak The 2255.