Najtrudniej zawsze oderwać się od schematu, dobrze znanej ścieżki i spróbować czegoś nowego. Schematem w tym przypadku okazuje się być sam zespół Pustki, w którym Barbara Wrońska śpiewa i pisze. Trudno też w przypadku Domu z ognia nie wspomnieć o tym zespole, choć solowa płyta wokalistki to w pełni autonomiczne dzieło. Niezależne, nieszkodliwe innej działalności i całkiem udane.

Sama realizacja przeciągała się z różnych powodów i w ostateczności trwała dwa lata. Produkcją muzyczną i realizacją nagrań zajęła się sama Wrońska. Wspomogli ją inni muzycy, w tym wszechobecny wśród Kayaxowych produkcji Marcin Macuk. Rezultat zachwyca swoim wdziękiem i niebanalnością. Wrońska czaruje głosem i – w tym aż ośmioma autorskimi – kompozycjami. Muzyczka bawi się dźwiękiem i słowem stwarzając niepowtarzalną atmosferę melancholii podszytej umiarkowaną radością. Trudno opisać to uczucie. Sporo odwołań do muzyki lat 60. wywołuje dziwne tęsknotę za czasami w których się nie żyło. Tak jak wtedy, gdy słucha się starszych nagrań i przez moment, jedną krótką chwilę, w głowie pojawia się myśl Kurczę, kiedyś to muzyka miała klimat! Potem jednak przychodzi otrzeźwienie. Bo przecież dzisiejsza muzyka też bywa klimatyczna. Trzeba tylko dobrze wiedzieć gdzie szukać, a natrafi się na przecudowne zespoły, muzyków i muzyczki, na wiele takich talentów. Oczywiście komercyjne stacje radiowe działają inaczej, i pewnie działały już tak kiedyś, ale to jest dyskusja na inny materiał.

Barbara Wrońska – jak podają w notce prasowej zapowiadającej ten album – przewrotnie połączyła stare z nowym. Czy przewrotnie? Raczej nie, ale podjęła dobrą decyzję nie zamykając się w jednym określonym gatunku muzycznym. Choćby taka Abstrakcja, jeden z najlepszych kawałków na płycie – świetne basy, pięknie wykorzystane instrumenty dęte i elektronika. Wszystko brzmi niesamowicie dobrze. Depression, czyli jedyny śpiewany po angielsku numer, zaskakuje swoim niemal klubowym, lecz dziwnie mrocznym (bo depresja) klimatem. Po drugiej stronie można postawić, jednak połączone z wyżej wymienionymi tytułowy, kojarzący się z big-beatem numer, otwierającą płytę melodeklamowaną i przejmującą tekstem balladę Rozmowa czy singlowe i przebojowe Nie czekaj. Niezwykle ważną rolę odgrywają na tej płycie klawisze słyszane w każdej piosence. Cała płyta usiana jest tropami inspiracji i wielką przyjemność sprawia odkrywanie jakie dźwięki kształtowały ostateczne jej brzmienie.

Co dzieje się w głowie Barbary Wrońskiej, że tworzy tak specyficzne i oryginalne teksty piosenek? To do końca zostanie tajemnicą, ale można być pewnym mistrzowskiego poziomu niektórych tekstów z tego albumu. I być może wspomniana wyżej Abstrakcja trochę tłumaczy mechanizmy ich powstawania: Kiedy smutno mi i bardzo źle / Abstrakcja wtedy ratuje mnie.  Może właśnie to abstrakcyjne spojrzenie na świat tak wyróżnia twórczość Wrońskiej? Wrażliwość i fantastyczna liryczność tych dziesięciu utworów zdecydowanie ujmują.

Doskok do wysokiego poziomu? Niepotrzebny. Barbara Wrońska jako autorka, muzyczka i producentka już taki zajmuje od kilkunastu lat. Jej solowy debiut – kwestia czasu – nie zawodzi i prezentuje wspaniale różnorodne dźwięki tworzące spójną  i bardzo przyjemną całość. Ten rozdział twórczości muzyczki został bardzo ładnie napisany.