Criminal jest jak rajd pod okiem doświadczonego kierowcy. Szybkość i eskalacja emocji, przy jednoczesnym doświadczeniu i panowaniu nad sytuacją. Oto przecież post-punk zmieszany z wyraźną nutą industrialu, krautrocka i dark wave’u. Brzmienie prezentowane przez The Soft Moon na czwartym albumie studyjnym atakuje uszy słuchaczy intensywnością.

W notce promującej album Luis Vasquez pisał o płycie jako dziele na którym idzie na wojnę z samym sobą i mierzy się ze swoimi demonami. Wyznaje on swoje winy i przyznaje się do swoich lęków w desperackiej próbie znalezienia ukojenia. Zmieniło się tu podejście do muzyki prezentowane przez wokalistę. To właśnie teksty odgrywają największą rolę na płycie, współgrając z muzyką. Oba elementy działając wspólnie opowiadają historie pełne bólu i rezygnacji. Słychać to wyraźnie na całym albumie. W tekście do mrocznego i szybkiego Burn, gdzie istotną rolę odgrywa linia basu, Vasquez porusza temat utraty kontroli nad sobą porównywalnego do opętania przez demony. Jak w tekście, tak i w muzyce, bo ten utwór wkrada się gdzieś w głąb duszy i nie chce opuścić wybranego przez siebie miejsca. A to zaledwie początek. Choke przecież, zarówno przez sposób śpiewania Vasqueza jak i dzięki elektronicznym, zimnym rytmom przewodzącym w kawałku, dusi swoim klimatem. Poczucie bezradności i pustki w tekstach piosenek potęgowane jest przez Give Something i tekst You give something/When I give nothing wyśpiewany przez multiinstrumentalistę wysokim głosem. Wszystko na tle mrocznej perkusji, zimnych gitar  i syntezatorów wygrywających futurystyczne, posępne melodie, a  w kipiącym od emocji industrialnym Like A Father mocne gitary stanowią o sile kawałka.

Kapitalnie brzmi też instrumentalny ILL czy niezwykle melodyjne The Pain i It Kills. Najbardziej zadziwia fakt z jaką lekkością słucha się tych poruszających ciężkie tematy, smutnych i ponurych numerów. Album jest niezwykle spójny, niesamowicie klimatyczny i ostry. Historie opowiadane przez Luisa Vasqueza oddziałują na słuchacza wciągając go w świat pełen mroku i eteryczności. Te fantastyczne kompozycje przemawiają swoją zadziwiającą nośnością. Bo każda piosenka płynie swoim rytmem, choć cudownie współgra z resztą. Nie ma tutaj też mowy o niepotrzebnej egzaltacji czy wymuszaniu pewnych emocji – choć album jest ich pełen. Miejscami od nich żre. Na płycie nie ma słabych momentów, przestojów. Nic tu nie nudzi, przeciwnie. Te przepięknie chłodne i świetnie wyważone aranżacje angażują w 100%.

Forma terapii jaką zafundował sobie Luis Vasquez zaowocowała nieprzeciętną płytą. Porusza ona do głębi i zapadająca w pamięć dzięki rewelacyjnym aranżacjom. Przepełnione emocjami dźwięki zniewalają.