Grają tak długo jak Maryla Rodowicz, ale w Tychach to chyba do tej pory nie byli. To, parafrazując, słowa Julii Marcell wypowiedziane w pewnym momencie ze sceny. Wywołały one entuzjazm wśród publiczności na sali. Tak jak i samo wydarzenie, zorganizowane w tyskiej Mediatece.

Występ odbył się w niezwykłym składzie – Julia Marcell, jej stała współpracowniczka Ania Mandy Ping Pong Prokopczuk i znana z Oxford Drama Gosia Dryjańska – zwanym Julia Marcell Trio. Z takim składem wokalistka występuje już od jesieni. Nieważne czy to rozwiązanie czasowe czy na stałe, działa wspaniale. Gdy publiczność zgromadziła się już na sali koncertowej, odtworzono nagranie Bartka Chacińskiego i Jacka Hawryluka. Duet zgrabnie zapowiedział występ wokalistki i z Olsztyna i z Berlina, choć zaplątał się w swojej wypowiedzi i zamilkł na dwie minuty. Po krótkiej przerwie, w czasie której niektórzy uświadomili sobie, że to nagranie, a nie zapowiedź z backstage’u, wznowił swój krótki wywód. Sama wokalistka nawiązała potem do tej sytuacji żartując o reakcjach publiczności na poszczególne utwory.

Tamtego wieczoru można było usłyszeć między innymi piosenki z płyt June, Sentiments i Proxy. Wszystkie przearanżowane. Żywą perkusję zastąpiły elektroniczne pady, a w wielu piosenkach zagościły (w nieco innej formie niż w studyjnych wersjach utworów z June) syntezatory i keyboard. Pojawiła się jednak nieodłączna towarzyszka Julii Marcell – przepiękna czerwona gitara Hagstrom Viking Transparent Cherry. Występ tria rozpoczął się od delikatnej i nawet jeszcze bardziej intymnej niż ta znana z Sentiments, wersji utworu Maryanna. Potem można było usłyszeć Andrew, gdzie tekst poruszał jeszcze dotkliwiej dzięki łagodniejszej aranżacji. Podobnie z chłodnym i melancholijnym Dislocated Joint. Altówka Mandy odegrała większą rolę w bardziej żywym, choć nadal w pewien sposób melancholijnym Echo. Chociaż taka jest już natura tego kawałka. Aranżacja Crows zaskoczyła i wypadła znakomicie. Najmniej zmienionym numerem okazał się przebojowy i żywy Since.

IMG_20180203_192539

Od lewej: Gosia Dryjańska, Julia Marcell, Niestety ucięło Mandy Ping Pong / fot. Mateusz Stypuła

W pewnym momencie wokalistka wysunęła się na sam przód sceny i cicho akompaniując sobie na gitarze, zaczęła śpiewać  przejmujący Esemes, skomponowany na potrzeby spektaklu Kronos na podstawie kroniki Witolda Gombrowicza o tym samym tytule. Sama, nie licząc Mandy, jeszcze bardziej niż zwykle schowanej w cieniu. Tekst piosenki jeszcze nigdy nie wybrzmiał tak osobiście i mocno jak wtedy. Na setliście znalazło się też miejsce na trzy ciepło przyjęte i cudownie wykonane covery. Pierwszy z nich, to śpiewana na trzy głosy Hot Knife Fiony Apple. Julia Marcell skomentowała ten kawałek To nie moje, ale chciałabym, żeby było moje. Drugą z kolei scoverowaną piosenką było Die Young electro-popowego duetu Sylvan Esso. Tutaj swoje 4 minuty miała Gosia Dryjańska. Jej głos bardzo wyróżniał się na tle dwóch pozostałych. Trzeci cover zaskoczył najbardziej. Przepięknie zaaranżowany utwór Boba Dylana Like A Rolling Stone przeniósł widownię w krainę ambientu, samotnych wędrówek i refleksji. Trio niezwykle dobrze oddało melancholię tego numeru.

IMG_20180203_193547

fot. Mateusz Stypuła

Na widowni znalazł się pewien pan, który co jakiś czas rzucał wesołe uwagi, które na scenie mogły być mniej słyszalne. Na sali panowała miła i przyjazna atmosfera. Zapowiadając wykonanie Tesko, Julia Marcell zażartowała, że zamiast tego konkretnego supermarketu, pasuje tam obojętnie jaki sklep. Tylko nie Ikea. Sama piosenka brzmiała cudnie, znów delikatniejsza, bardziej dostosowana do instrumentarium tria. Wokalistka sama stroiła też wszystkie swoje gitary, mimo że odpowiedni ludzie i tak zrobili to wcześniej. Świadczy to o tym jak bardzo dba ona o swoje instrumenty. Wyżej wspomniany instrument jak i turkusowa gitara w jej rękach stają się znakomitymi przekaźnikami mocy i energii. Muzyczka bowiem gra z wielką pasją i zaangażowaniem. Fantastycznie zagrane outro Supermana sprawiło, że ludzie zgromadzeni na sali nagrodzili Julię Marcell gromkimi brawami i nie dali odpocząć trzem muzyczkom. Na bis trio wybrało Tarantino i Marka. W tej pierwszej piosence Julia Marcell poprosiła o pomoc publiczność. Wszyscy ludzie zatem tupali i klaskali rytm piosenki – choć nierówno. Dobra mina do złej gry została jednak zachowana i wokalistka z uśmiechem podziękowała za pomoc.

Dobre koncerty mają to do siebie, że kończą się za wcześnie. Nieważne ile by trwały, zawsze pozostaje pewien niedosyt i apetyt na więcej. Tak było i w tym przypadku. Ten niezwykle klimatyczny, melancholijny i pełny osobliwej delikatności poprzetykanej siłą. Zagwarantował on satysfakcję oraz ciepło w sercu i na duszy.