O tym zespole mówiło się wiele, przynajmniej za Oceanem. Zachwycano się głównie grą, brzmieniem, szałem i energią wywoływaną na koncertach. I faktycznie, singiel I Love LA zapowiadał przyjemne oderwanie się od eksperymentów i czystą moc rocka. Jednak i tym razem album promowano bardziej niż na to zasługiwał. Bo nie ma tu czym się zachwycać.

Starcrawler to niczym się nie wyróżniający i wychwalany ponad swoją miarę album. Krótka to płyta: trwająca ledwo 27 minut. Zespołowi udało się skondensować gitarową energię w niecałych 2 minutach (otwierające płytę Train, Different Angles i Full of Pride) i nawet nieźle połączyć punk z grunge’ową estetyką. Przesterowane gitary to najlepsze co można usłyszeć na tej płycie. Może właśnie ta pozorna prostota brzmienia najbardziej przemówiła do fanów zespołu. Trudno osądzić gdy ma się do czynienia z czymś, co nudzi już po pierwszych dwóch piosenkach. Żadnym usprawiedliwieniem nie jest tu też dość młody wiek członków zespołu – od 20 do 24 lat – historia pokazuje, że już będąc młodszym wpadało się na ciekawsze i oryginalniejsze rozwiązania.

Dzięki profesjonalnej produkcji wszystkie utwory brzmią bardzo gładko i trudno przekonać się, że mają być one niejako eskalacją brudu i przypomnieniem czym był kiedyś rock (jak sprzedają album muzycy). Gdyby chociaż teksty były mądrzejsze: no, ale czego spodziewać się po zespole, który na swojej debiutanckiej płycie umieszcza Pussy Tower – piosenkę o seksie oralnym? Wokalny damsko-męski duet daje radę. Choć wokalista stara się za bardzo brzmieć jak Iggy Pop, przez co niepotrzebnie nasuwa skojarzenia swojego zespołu z The Stooges. Prawdopodobnie cały materiał lepiej brzmi na koncertach gdzie wokalistka występuje w szpitalnej piżamie i ponoć oblewa ludzi miksturą przypominającą krew. I tarza się po scenie.

Jeśli już słuchać, najlepiej podejść do tych kilku piosenek bez większych oczekiwań. I z dystansem. To nudna płyta, bez polotu i jakiejkolwiek ikry czy oryginalności. Rock taki jak każdy, debiut jak każdy. Do przesłuchania i zapomnienia.