Ile by się nie przesłuchało świeżej, bardzo dobrej muzyki w danym roku, drugie tyle czeka na odkrycie w przyszłym, wraz z wiadomością żałuj, że nie przesłuchałeś/aś mnie rok temu. W tym przypadku jednak nie ma odgrzebywania albumów z przeszłości. Oto lista 10 najlepszych zagranicznych płyt 2017 roku. Tak jak w przypadku rankingu polskich płyt, na początek siedem albumów, które są świetne, ale nie załapały się na listę, bądź zasługują na uwagę.

Queens of the Stone Age – Villains
Najbardziej taneczna płyta w karierze zespołu. Lekkość i melodyjność niektórych piosenek zaskakuje. Jednocześnie zespołowi udało się zachować charakterystyczne dla siebie brzmienie. Pełna recenzja dostępna tutaj.

Courtney Barnett & Kurt Vile – Lotta Sea Lice
Duet na tym albumie coveruje solowe piosenki własnego autorstwa, interpretuje utwory bliskich im osób (wspaniałe Fear is Like a Forest – cover Jen Cloher), a także wykonuje piosenki napisane specjalnie na ten album. I może nie jest to najlepsza płyta, ale na pewno jedna z najprzyjemniejszych wydanych w 2017 roku. Pełna recenzja dostępna tutaj.

Pale Seas – Stargazing For Beginners
Debiut długogrający młodego zespołu z Southampton. Dream popowe klimaty i shoegazujące gitary. Słychać tu wpływy The Jesus And Mary Chain, a chwilami nawet Cocteau Twins. Płyta zaskakuje lekkością piosenek i głosem wokalisty Jacoba Scotta.

Baby in Vain  – More Nothing
Pierwszy album trójki dziewczyn z Kopenhagi. Brudne, ostre, stonerowe gitary i wokal przechodzący chwilami w krzyk. Album zaskakuje dojrzałością niektórych kompozycji i energią jaką one przekazują.

Molly Nilsson – Imaginations
W brzmieniach syntezatorów i wokalu Molly Nilsson słychać przeplatającą się radość i melancholię. Teksty na albumie skupiają się na problemach społecznych, samotności i przemijaniu. Świetny klimat. Pełna recenzja dostępna tutaj.

The Flaming Lips – Oczy Mlody
Zespół nagrywa coraz dziwniejsze płyty, a Oczy Mlody nie jest wyjątkiem. Tutaj wszystko pięknie brzmi, na czele z potężnym basem i elektroniką. Gdyby tylko teksty były bardziej zrozumiałe. Razem z nimi, płyta brzmi jak soundtrack do narkotykowego odlotu.

Benjamin Clementine – I Tell A Fly
Na drugiej płycie Clementine’a, koncept albumie o metaforycznej podróży dwóch much, znalazły się dojrzałe, niezwykle dobrze skomponowane utwory. Całość brzmi bardzo wytwornie i elegancko. To płyta w którą trzeba się wsłuchać, żeby docenić kunszt i dobro na niej zawarte. Pełna recenzja dostępna tutaj.

10. Maria Arnal i Marcel Bagés – 45 Cerebros y 1 Corazón


Niezwykle klimatyczny album. Delikatny i czysty głos wokalistki i akompaniująca jej gitara elektryczna stworzyły atmosferę magii. Maria Arnal śpiewa w dwóch językach – po katalońsku i po hiszpańsku. Jej głos uspokaja, ale potrafi być też silny, kiedy zajdzie taka potrzeba. A to wszystko na tle pięknie hałasującej gitary. Ten album mógłby trwać dłużej.

9. Perfume Genius – No Shape


Przepiękne aranżacje i porywający wokal. No Shape czaruje, na czele z genialnymi Wreath i Slip Away. To płyta z której aż wylewa się wrażliwość, a art popowe kompozycje kołyszą duszą na wszystkie strony. Cichsza i bardziej nastrojowa druga część płyty, choć klimatem przebija dużą część piosenek z 2017 roku, trochę wybija z rytmu. Jej refleksyjność pozwala jednak odpowiednio się wyciszyć.

8. LCD Soundsystem – American Dream


American Dream cieszy świeżością i przenosi w krainę sennych, często szalonych marzeń. Projekt Jamesa Murphy’ego powrócił po kilkuletniej przerwie z głowami pełnymi świetnych pomysłów i tak oto zrodziło się to cudeńko. Na tym albumie zawarto esencję brzmienia LCD Soundsystem. Długie, elektroniczne kompozycje zaskakują i cieszą ucho, wypadając całkiem zgrabnie zestawione z bardziej gitarowymi i eksperymentalnymi utworami. Pełna recenzja dostępna tutaj.

7. Kendrick Lamar – DAMN.


Świetny album pełen znakomitych bitów wyprodukowanych przez utalentowanych producentów. Często niejednoznaczne teksty, w których pełno jest odniesień biblijnych, poruszają problemy społeczne kultury afro-amerykańskiej. Lamar broni swego miejsca wśród najlepszych raperów reprezentujących świadomy hip-hop. Pełna recenzja dostępna tutaj.

6. Ulrika Spacek – Modern English Decoration


Ulrika Spacek niezwykle zgrabnie udaje się łączyć gitarową alternatywę z najczystszą formą krautrocka. Odrobinę mniej surowa niż pierwsza płyta, Modern English Decoration to wciąż fantastycznie brzmiąca moc gitar i spójność jakiej próżno szukać na wielu albumach rockowych. Uzależniająca płyta!

5. Slowdive – Slowdive


Gdyby wziąć miotełkę, odkurzyć Pygmallion ze wszystkich niepotrzebnych dodatków i ambientowych brzmień, a zostawić czystą shoegaze’ową moc, można by otrzymać pomost do tej płyty. Członkowie grupy pokazali, że nie mają sobie równych w tworzeniu przepięknego shoegaze’u. Nic tylko dać się temu porwać. Pełna recenzja dostępna tutaj.

4. Dos Floris – The Widowed Earth


56 minut dźwiękowej magii. Piosenki chwytają za duszę i przemawiają do niej poprzez muzykę i słowa. Energia nagrań zadziwia, połączona z narastającą melancholią przebijającą się w każdym utworze mniej lub bardziej. 

3. Brand New – Science Fiction


Ten amerykański zespół potrafi fenomenalnie przekazywać emocje przez muzykę i śpiew. Przejmujące, często osobiste teksty piosenek aż od nich buzują. Można w nich usłyszeć gniew, frustrację, przygnębienie, rozczarowanie, smutek i zmęczenie. Kompozycyjnie zespół stworzył mocne, gitarowe i klimatyczne (oprócz gitary elektrycznej, często słyszalnym instrumentem jest gitara akustyczna) piosenki, które raz zasłyszane, zostają już w głowie na dłużej. Pełna recenzja dostępna tutaj.

2. Mount Eerie – A Crow Looked At Me


To prawdopodobnie jedna z najbardziej osobistych  i najsmutniejszych płyt, jakie powstały w ostatnich latach. Phil Elverum opowiada w piosenkach o swojej zmarłej na raka trzustki żonie, o ich trwającym 13 lat, szczęśliwym związku i ich wspólnym dziecku. 11 prostych kompozycji zaaranżowanych na gitarę akustyczną zawiera w sobie wiele emocji i porusza do głębi, krusząc serca i dusze na drobne kawałki.

1. Dot Hacker – Nº3


Trzecia płyta zespołu to zwyczajnie zbiór fenomenalnych kompozycji. Niesamowite dźwięki, jakie tworzy Dot Hacker zdają się pochodzić nie z tego świata. Tak pięknie rezonują z wrażliwością wewnątrz. Klimat alternatywnego i eksperymentalnego rocka, wstawki elektroniczne i partie klawiszowe, w połączeniu z cudownym głosem wokalisty Josha Klinghoffera – to wszystko sprawia, że Dot Hacker słucha się znakomicie o każdej porze dnia i nocy. W każdym miejscu. Pełna recenzja dostępna tutaj.