Tuż przed świętami Bożego Narodzenia Clock Machine zagrali w chorzowskim klubie Leśniczówka Rock’n’Roll Cafe. Tym koncertem kończyli jesienną trasę Cosmic Beats. Kosmiczny koncert? Tak, po usłyszeniu tych dźwięków można było odlecieć.

Fani stawili się tłumnie. Okularnicy, jak to zwykle bywa w zimowych miesiącach, musieli uważać – przy wejściu do klubu na szkłach osadzała się para. Koncert rozpoczął się o 20.30. W roli supportu wystąpili Frankenstein Children. W ich muzyce czuć dobry groove, to porządne rockowe granie. Świetnie rozgrzali publiczność. Jeśli wymienić jakieś pierwiastki wspólne między nimi, a gwiazdami wieczoru, niewątpliwie byłyby to umiejętność porwania widowni swoimi utworami i sznyt do tworzenia nośnych melodii granych na gitarze.

IMG_20171222_203750

Frankenstein Children /fot. Mateusz Stypuła

Frankenstein Children nastroili ludzi w klubie na konkretne uderzenie mocy. Clock Machine oczywiście nikogo nie zawiedli i już na początku koncertu zaserwowali porządną dawkę energetycznych dźwięków. Tłum pod sceną i na całej sali szalał, skakał i nie widać było jednej osoby, która chociażby nie podrygiwała nóżką do rytmu. Członkowie zespołu, na czele z wokalistą Igorem Walaszkiem, na scenie zamienili się w burzę hormonów. Szalejącą. Każdy swoją charyzmą, objawiającą się w różny sposób, to przez ekspresję w głosie, w ruchach czy przez emocje, zachęcał ludzi zgromadzonych w klubie do aktywnego uczestnictwa w koncercie. Wszystko to skumulowało się i wśród widowni można było chwilami zaobserwować nawet szalenie tańczące osoby. Kuba Wojtas, kolejny sceniczny żywioł, dawał popis swoich umiejętności gry na gitarze, a ruchami i skakaniem zarażał publiczność. Konrad Nikiel choć, jak sam przyznał, pierwszy raz grał po prawej stronie sceny, szybko odpłynął w świat dźwięków i do samego końca koncertu brylował na basie. Oczarowane fanki szalały!

IMG_20171222_215810

Clock Machine /fot. Mateusz Stypuła

Muzycy zaprezentowali przekrojowy materiał ze wszystkich płyt, nie skupiając się specjalnie na jednej konkretnej. Mieszali stare utwory z nowymi, stworzonymi na mający dopiero się ukazać album . Można więc było usłyszeć tak sprawdzone piosenki jak Desire, She’s Got It czy Spadać i latać. Największym zaskoczeniem było rewelacyjne wykonanie Song to the Siren This Mortal Coil przez samego basistę, na bis, zaraz po krótkiej przerwie. Po tym przejmującym początku końca, ludzie w klubie gromko krzyczeli Konrad, Konrad! Zespołowi zdarzyło się też pięknie jamować na scenie, a wokalista rapował, po czym wytłumaczył, że idą w stronę funku. Słychać, że oswoili się oni z nowymi piosenkami, które na żywo brzmią jeszcze pewniej i lepiej. Sense of Space porywa jeszcze bardziej niż przed oficjalną premierą, tak samo wcześniejsze singlowe So Slow i inne nowości. Istotną rolę w nowych kompozycjach odgrywa bas, który wcześniej, w tych mocniejszych kawałkach, był jednak instrumentem częściej zwyczajnie towarzyszącym szalejącej gitarze. Brzmienie stało się bardziej ożywcze. Nie urąga to jednak w żaden sposób tym starszym numerom, wciąż porywająco brzmiącym na żywo.

Clock Machine, jak profesjonaliści połączyli stare z nowym i stworzyli energetyczną bombę czy też, jak to lubią mówić, statek, który przeniósł Leśniczówkę w kosmos. Na twarzach wychodzących malowały się, jeśli nie ekscytacja, to na pewno pozytywne zmęczenie. Muzykom udało się porwać widownię. Umilili fankom i fanom święta (jeśli takowe obchodzą) fantastycznie zapisując się w ich wspomnieniach.