Każdy album studyjny Björk to coś zupełnie innego, zawierającego jednak esencję jej twórczości. Kolejny taki rozdział, sygnalizowany Utopią, rozpoczął się zaskakująco szybko, bo niecałe 3 lata od wydania poprzedniej płyty Vulnicura. Nie ma jednak mowy o jakiejkolwiek powtarzalności. Raczej o dopełnianiu się bądź działaniu na dwóch przeciwległych biegunach.

Nieprzystępność i smutek oraz swego rodzaju dystopijność świata przedstawionego na Vulnicurze, gdy serce i dusza Björk były pokruszone przez rozpad długoletniego związku, na Utopii ustąpiły miejsca bardziej pozytywnym klimatom, tekstom mówiącym o znajdowaniu i pielęgnowaniu miłości oraz szukaniu rozwiązań na polepszenie sytuacji na świecie. Przeważają tu długie kompozycje (Arca stworzył znakomite dźwięki) pełne łamanych elektronicznych bitów. Nie można doszukiwać się w tych piosenkach przełomowości – ani od strony tekstowej, wokalnej czy produkcyjnej – jednak to jak te wszystkie wymienione wyżej składniki łączą się w całość, niekiedy robi piorunujące wrażenie.

Słuchając Utopii ma się wrażenia uczestnictwa w jakimś baśniowym rytuale. Rolę przekaźnika tej baśniowości pełni na tym albumie flet, pojawiający się w każdym utworze. Dwa single promujące wydawnictwo – The Gate i Blissing Me – nie zaskakiwały ani nie porywały, były zwyczajnie dobre. A już otwierająca płytę Arisen My Senses rozwiewa wątpliwości narosłe przy słuchaniu wspomnianych wyżej numerów. Duża zasługa w tym Arki. Utwór zawiera sampel jednego z jego pierwszych kawałków, Little Now A Lot. Eksperymentalna, elektroniczna ballada świetnie zwiastuje klimat całej płyty.

Body Memory, niemal dziesięciominutowe cudeńko, zarówno strukturą jak i tematyką koresponduje z Black Lake z poprzedniego albumu wokalistki. Pierwsza piosenka jednak jest bardziej optymistyczną odpowiedzią na tak depresyjny tekst, jaki można usłyszeć w Black Lake. Ballada rozwija się spokojnie, w rytm niespokojnych fletów przywodzących na myśl śpiew ptaków, do których później powoli dochodzą smyczki, elektronika i… Hamrahlíðarkórinn – islandzki chór składający się z aż 60 osób. Całość brzmi potężnie, lecz nie nachalnie. Poważnie, lecz nie patetycznie. Z cicho przemyconą nutą optymizmu. Piękne to!

Courtship, Losss, Sue Me i Claimstaker po raz kolejny udowadniają jak wspaniale brzmi połączenie tradycyjnych instrumentów z elektroniką. Nacisk oczywiście położono tu na różne rodzaje fletów wybrzmiewające w całkiem różnych i niezwykle klimatycznych aranżacjach, za które odpowiada sama Björk. W jednym z wywiadów muzyczka porównała Loss do Pagan Poetry, piosenki z wydanego w 2001 roku albumu Vespertine i opisała ten pierwszy utwór jako girl goth music.  Niesamowita aranżacja Losss przyprawia o ciarki – zestawiono tutaj łagodne i błogo brzmiące harfy i dźwięki fletów z dzikimi i wybuchowo rosnącymi bitami wyprodukowanymi przez Arkę i Rabita.

Słabsze piosenki w rodzaju Features Creatures czy wspomnianych singli kładą lekki cień na odbiór całej płyty. Nie chodzi jednak o przebojowość, bo na tym muzyczna droga Björk czy jej twórczość nigdy nie polegała. Wokalistka z pewnością stworzyła kolejny oryginalny, wielowarstwowy i niejednoznaczny album. Trudność i dziwność kompozycji i wokali zawsze leżała w jej naturze. Można to docenić lub nie.