Janek Samołyk wydał w tym roku czwarty album studyjny, Czas najlepszy w życiu. Muzyk wyruszył później w trasę koncertową po całej Polsce. Odwiedził też Kinoteatr Rialto w Katowicach. Przy okazji koncertu porozmawialiśmy między innymi o procesie powstawania płyty, wyrażaniu emocji i pracy z nowym zespołem.

Pytanie z przymrużeniem oka: dlaczego Twoja nowa płyta jest taka krótka?
Janek Samołyk: Patrząc z perspektywy czasu, wydawało mi się, że dwie poprzednie były troszeczkę za długie. Przynajmniej o jedną piosenkę, może nawet o dwie. Tym razem postanowiłem pozostawić niedosyt i umieścić na albumie wszystko to, co chciałem by tam się znalazło. Bez żadnych niepewności. Taką, a nie inną decyzję podjąłem na podstawie doświadczeń, prób i błędów. Stawiałem tym razem na zwartość materiału. Wydaje mi się, że w ten sposób będzie lepiej. Zobaczymy co będę na ten temat myślał w przyszłości. Może za dwa lata zmienię zdanie (śmiech).

Jak wyglądała praca nad płytą?
Janek Samołyk: W czasie kiedy wychodziła druga płyta, Problem z wiernością, w moim życiu prywatnym przydarzyło się trochę mało szczęśliwych rzeczy i przez jakiś czas miałem blokadę twórczą – nie potrafiłem pisać o tym, co mi tak naprawdę w duszy gra. Wszystkie moje myśli biegły w stronę tamtych nieszczęśliwych sytuacji. Musiał minąć jakiś czas, żebym mógł o tym zaśpiewać. Choć wiedziałem już wtedy, że chcę to zrobić. Nabrałem do wszystkiego dystansu i podszedłem do tego okresu w moim życiu jako twórca. I tak zaczęły powstawać piosenki. Tworzyły się one w jedną całość. Powstało ich około dwudziestu, z czego wybrałem te dla mnie najważniejsze i takie dopełniające się tematycznie i sensownie. Zaczęliśmy je potem nagrywać. Płyta miała szansę wyjść około roku wcześniej, ale wielu osobom zaangażowanym w jej produkcję porodziły się dzieci – perkusiście z zespołu, basiście,  głównemu realizatorowi płyty – wszystko się wydłużyło i w pewnym momencie stało się jasne, że album wyjdzie w tym roku. Na początku nagraliśmy bębny. Następnie gitarę, a potem resztę instrumentów. Robiliśmy to w różnych miejscach: w Tarnowie, w Chrzanowie, we Wrocławiu.

W którym studiu nagrywało się najlepiej?
Janek Samołyk: Jakieś 80 km od Wrocławia, pod Kłodzkiem, jest studio Monochrom. Rewelacyjne miejsce. W górach, przeszklone. Nagrywając, cały czas masz przed oczami panoramę gór. Przepięknie.

Co zmieniło się od wydania poprzedniej płyty?
Janek Samołyk: Zmienił się zespół i to dość mocno. Płyty numer dwa i trzy w dużej mierze nagrywałem czy też przygotowywałem z tymi samymi ludźmi – Mateuszem (Brzostowskim) na perkusji i Piotrkiem (Wojniuszem) na basie. Dziewczyna grająca z nami trasę koncertową, nagrywała również płytę Na prezent. To była taka ekipa, z którą dosyć długo jeździłem i grałem. Posypała się z różnych powodów: ktoś kończył studia, to komuś się dziecko rodziło, a to komuś już nie pasowało. Do nagrywania Czasu najlepszego w życiu przystąpiłem z nowymi ludźmi. Moim głównym współpracownikiem na tej płycie jest perkusista Kuba Regulski, który dzisiaj wieczorem z nami gra.

Czy praca z nowym zespołem była przyjemnym przeżyciem?
Janek Samołyk: Szczerze? Nie. To jednak nie było związane z tym, że zespół jest niefajny. Raczej z tym, że nikt nie miał czasu, bo dzieciaki się rodziły. Każdy miał pracę i obowiązki. Trudno było znaleźć czas na próby i w efekcie zrobiliśmy ich mniej niż powinniśmy. Nerwowo patrzyliśmy na zegarek, nie było komfortu przy pracy nad tą płytą. Za to bardzo dobrze wspominam pisanie i już samodzielne sesje nagraniowe, kiedy mieliśmy już podstawę rytmiczną i dogrywaliśmy kolejne rzeczy. Wtedy to już była czysta przyjemność.

Elektronika, skrzypce. Na płycie jest wiele smaczków. Planowany zabieg?
Janek Samołyk: Raczej chodzi o to, że gdy chcę wyrazić złość, nie zrobię tego w balladzie z gitarą akustyczną. Tak samo jeśli chodzi o inne emocje. W zależności od tego co chciałem wyrazić, jaki był tekst, takich środków używałem. Mimo że piosenki opowiadają o podobnym czasie i historiach, a czasem pewien temat wynika z drugiego. Jeden utwór spokojnie można nazwać punkowym. Wyrażam w nim swego rodzaju gniew i desperację i tego typu środki wydawały mi się zasadne do tego. Są też smutne utwory, gdzie gitary i instrumenty analogowe były zbyt ciepłe, miłe i przyjemne. Tam postawiłem na elektronikę. W piosenkach nostalgicznych najpiękniej brzmiały za to bardzo klasyczne instrumenty: perkusja grana miotełkami czy kontrabas. Wszystko zależy od piosenki. Nie zastanawiam się nad tym, żeby płyta miała wspólny mianownik. Kiedy sam piszę, ten wspólny mianownik i tak musi w nich być. Mam nadzieję, że nie jest to zbyt rozstrzelone.

W żadnym wypadku. Te dziesięć piosenek są ze sobą połączone.
Janek Samołyk: Właśnie. Wszystko pisałem ja, tylko w dwóch piosenkach są współautorzy, więc siłą rzeczy musiał być gdzieś punkt wspólny, Niezależnie od tego czy to sposób prowadzenia melodii, czy to w jakich harmoniach się dobrze czuję. Nie potrafię tego zanalizować, ale pewnie jest w tych utworach dużo wspólnego. Niezależnie czy hałasuję na gitarze elektrycznej czy gram na syntezatorze (śmiech).

W jakim stopniu teksty na Twoich płytach są autobiograficzne?
Janek Samołyk: To nie jest do końca mój pamiętnik, ale wiele tekstów ma punkt zaczepienia w czymś, co zdarzyło się naprawdę i co w jakiś sposób mocno przeżyłem.

Wspominałeś kiedyś, że interesujesz się kulturą brytyjską. Dalej tak jest?
Janek Samołyk: Pewnie. W Anglii spędziłem sporo czasu i wciąż interesuje mnie co tam się dzieje. Lubię muzykę rozrywkową z Wielkiej Brytanii z ostatnich, powiedzmy, siedemdziesięciu lat i znam ją całkiem dobrze. Chyba z żadnego innego kraju muzyka nie interesuje mnie tak bardzo jak stamtąd. Znam też dość dobrze historię i tamtejszą scenę polityczną. Futbolem może aż tak się nie interesuję, ale też wiem, które drużyny są mocne, a które słabe. Kulturowo bardzo dobrze odnajduję się w Anglii i to też słychać w mojej muzyce. Od Beatlesów się nie ucieknie.

Polski czy angielski: w jakim języku łatwiej Ci się pisze?
Janek Samołyk: Łatwiej po angielsku. Jest tam dużo więcej słów, które można nałożyć na melodię. Ale czy wolę pisać w tym języku? Lubię po polsku. Teksty mają wtedy zupełnie inną siłę rażenia wśród publiczności dla której śpiewam. Po angielsku też lubię. Wielka Brytania jest mi bliska, tak samo język angielski. To dla mnie niemalże równie naturalne.


Na najnowszej płycie śpiewasz jeszcze po włosku. Też uczyłeś się tego języka?
Janek Samołyk: Nie, po włosku prawie nic nie mówię. Znam tylko kilka użytecznych zwrotów. Gdy powstała kompozycja miałem pomysł na tekst. Po polsku jakoś mi to nie leżało, po angielsku było zbyt toporne, więc pomyślałem, że trzeba czegoś co brzmiałoby bardziej romantycznie. Do głowy przyszły języki południowe. Myśleliśmy o hiszpańskim, o francuskim, choć to nie do końca południe. Doszedłem do wniosku, że po francusku zaśpiewałbym jednak fatalnie, a chyba tylko po włosku i po niemiecku są piosenki, których tekst znam mniej więcej ze zrozumieniem (śmiech). Tekst napisaliśmy z kolegą, który chodził do szkoły podstawowej we Włoszech. Ja zacząłem sam z kilkoma rzeczami, a on pomógł mi to dokończyć i bardzo dobrze napisał. Potem prawdziwy Włoch, Luigi Scialdone z zespołu Fitness Forever, pomagał mi to śpiewać, dbając o to, by mój akcent nie był porażająco niewłaściwy (śmiech).

Dobrze się spisaliście, bo tego nie słychać.
Janek Samołyk: A to dziękuję, ale czekam aż jakiś Włoch przez przypadek przyjdzie na mój koncert. Ciekawe co wtedy powie.

Trasa promująca najnowsze wydawnictwo trwa w najlepsze. Jak Ci się podoba?
Janek Samołyk: Lubię grać na żywo, jeździć z miasta do miasta i spotykać ludzi. To coś równie fajnego jak granie muzyki. Dobrze, że możemy trochę ludzi faktycznie przekonać do tej muzyki i, nie ukrywajmy, sprzedać parę egzemplarzy płyty. Niewątpliwie nam to pomaga (śmiech). Jak na razie wszystko jest w porządku. To podstawowa forma mojej działalności. Nie czuję się muzykiem, nagrywającym płyty i w ten sposób funkcjonującym, ani kompozytorem czy tekściarzem, tylko właśnie takim gościem, który wsiada do samochodu, jedzie do jakiegoś miasta i gra w klubie. Ludzie przychodzą i albo im się podoba albo nie.

Oswoiliście się już z nowymi numerami?
Janek Samołyk: Tak, przecież co najmniej dwadzieścia koncertów za nami. Ale jeszcze nam się nie znudziły. Cały czas czerpiemy z ich grania ogromną przyjemność. Czuć, że to nowości, w myślach O, nowy kawałek! i fajny dreszczyk.

Czy masz już jakieś piosenki, których nie masz ochoty ciągle grać na żywo?
Janek Samołyk: Gdybym grał tylko dla siebie, niektóre piosenki wypadłyby z repertuaru nawet dla odmiany  czy też dlatego,że gram je już bardzo długo. Wiem jednak, że to są takie troszeczkę bardziej znane utwory. Nie znudziły mi się jeszcze. Ale gram też dla ludzi, nie tylko dla siebie. Dla mnie są piosenki z nowej płyty, choć mam nadzieję, że nie tylko dla mnie. A dla ludzi niech będą te starsze nagrania, ale my też się przy nich dobrze bawimy. Najlepsze jest to, że bardzo dobrze je znamy, w związku z tym nie musimy za dużo myśleć grając te utwory. Możemy sobie pozwolić na więcej luzu, więcej frajdy. Mamy wtedy więcej funu z grania.

Spoglądając z perspektywy muzyka już jednak trochę działającego na scenie, jak kształtowała się Twoja wrażliwość muzyczna?
Janek Samołyk: Na pewno stałem się lepszym muzykiem. Kilkaset zagranych koncertów wpływa na umiejętności. Przykładowo, na początku mojej drogi muzycznej musiałem fantastycznie wszystko słyszeć, żeby dać dobry koncert. Teraz na tyle znam już instrument, wzmacniacz i tak dalej, że nie muszę tego słyszeć bardzo dobrze, żeby móc zrobić to dobrze (śmiech). Doświadczenie bardzo pomogło. Poznałem wiele innych zespołów, zobaczyłem jak oni grają, byłem na wielu festiwalach na których graliśmy. To są bardzo cenne rzeczy. Poznałem też parę osób, które potem zagrały na naszej płycie. Rozwój jest na pewno, pod każdym względem.