Spragnieni muzycznej uczty mieszkańcy Katowic i okolic (choć nie tylko) dostali piękny prezent pod koniec listopada. Wszystko dzięki Jankowi Samołykowi i dwóm zespołom, które zaprosił do wspólnego grania: Fifidrokom i Muzyce Końca Lata. Kinoteatr Rialto wypełniły wspaniałe dźwięki. Nie można było im się oprzeć.

Pierwszy koncert rozpoczął się krótko po 19. Na scenę wyszły Fifidroki. Muzykę tego zespołu trudno zamknąć w danym gatunku czy nawet określić jednym słowem. Jest szalona, hipnotyczna, transowa, osadzona w śląskim folklorze, nieograniczona i rockowa. Można by tak długo wymieniać. Głośne gitary i harmonijny, ludowy śpiew dwóch wokalistek – Joanny Milki i Agnieszki Mazur – wprawiły w zachwyt (a może i zdumienie) osoby siedzące na sali. Ostrość tej muzyki w połączeniu ze skrzypcami spiorunowała energią. W 2014 roku zespół wydał świetną płytę Blomkul (do posłuchania na ich bandcampie). Z tegoż albumu można było usłyszeć między innymi Kalafior, Utopce, Żur, Iglickie jabłuszko, Hurdu, Hurdu czy Wiedźmę zagraną jako jedną z ostatnich piosenek. Fifidroki uraczyły również kilkoma innymi, podobnie szalonymi i ciekawymi kawałkami. To bardzo zgrany zespół. Widać, że dobrze się ze sobą dogadują. Ze sceny biła niewypowiedziana energia, może związana z czarami, które odprawiały dwie wokalistki. Choć mało kto odważył się zatańczyć w rytm tej muzyki (a zespół zapraszał), uznanie formy grupy przez widownię gwarantowane, tak jak niezmiernie pozytywny odbiór koncertu. To było niezwykłe doświadczenie.

FIFIDROKI

Fifidroki /fot. Mateusz Stypuła

Na scenę po Fifidrokach wskoczyła Muzyka Końca Lata. Wskoczyła to odpowiednie słowo, bo ledwo poprzedni zespół skończył grać, na scenę weszli już członkowie Muzyki Końca Lata, a wokalista Bartosz Chmielewski zawadiacko stwierdził, że nie warto przedłużać (żebyście nie przysnęli). Już pierwsze dźwięki utwierdziły w przekonaniu, że to będzie zupełnie inny koncert – zmiana z hipnotycznego, śląskiego transfolku z gitarami i skrzypcami na czysty rock and roll, chwilami flirtujący z big beatem, obudziła całą salę. Zaskakująca energia tej muzyki, jej bardzo pozytywne brzmienie i wesołe, błyskotliwe teksty piosenek, wzbudzały uśmiech i chęć do tańca – jednak tym razem też ledwo obeszło się smakiem, mimo zachęt zespołu. Członkowie grupy na scenie są radośni i raczej ekstrawertyczni. Wystarczy jedno spojrzenie w ich stronę, by zobaczyć jak wielkie szczęście daje im możliwość koncertowania. Taka wesoła była też konferansjerka wokalisty – ma specyficzny i żartobliwy sposób zapowiadania piosenek. Publiczność usłyszała o piosence Krzysztofa Klenczona zainspirowanej graną przez nich piosenką, a na początku grupa zagrała temat z pewnego filmu, który nigdy się tam nie pojawił, gdyż film ów powstał 40 lat temu. Szaleństwo! A wokalistka Edyta Kosiorkiewicz ślicznie dopełniała charakter piosenek swoim wokalem. Nie obyło się bez małych pomyłek, jak to zwykle na koncertach bywa. Zespół pomieszał piosenki na setliście. Wokalista obrócił wszystko w żart mówiąc, że grają już 15 lat, a on wciąż nie wie jak komunikować się na scenie z muzykami. Na co usłyszał mową ciała.

MKL

Muzyka Końca Lata /fot. Mateusz Stypuła

Po takiej dawce szaleństwa można by odetchnąć na chwilę, ale nie! Janek Samołyk nie chciał grać melancholijnych piosenek i smucić wszystkich zgromadzonych na sali. Nie zwalniając tempa zaprezentował w Rialto materiał przekrojowy ze wszystkich swoich płyt, włącznie z Don’t Think Too Much, do której został zrealizowany jego pierwszy teledysk. Samołykowi trudno uwierzyć, że to już prawie dziesięć lat mija od premiery debiutanckiej EP-ki promowanej tą piosenką. Głośny, gitarowy i radosny koncert trwał w najlepsze i publiczność mogła usłyszeć trochę utworów z najnowszej, czwartej płyty muzyka, Czas najlepszy w życiu, między innymi Nadmorskie miasteczko czy utwór tytułowy, który został poprzedzony prośbą o wspólne śpiewanie. Ze starszych płyt wybrzmiały między innymi Codziennie, Problem z wiernością czy Na prezent, dedykowane osobie z widowni. Publiczność również odśpiewała Sto lat skrzypaczce, basistce i keyboardzistce z zespołu Samołyka, Kasi Dubaniowskiej – dziewczyna w dniu koncertu obchodziła urodziny. Solenizantka uraczyła wszystkich z tej okazji przepiękną grą na skrzypcach. Moc płynąca ze sceny udzieliła się w końcu ludziom i zebrał się pod nią chociaż na chwilę mały, szalejący tłum, skaczący z wigorem w rytm muzyki. Koncert skończył się w mgnieniu oka.

Janek (2)

Janek Samołyk i jego zespół /fot. Mateusz Stypuła

Wszystkie trzy występy były jak zastrzyk wielkiej siły, bardzo potrzebnej w jesienno-zimowej aurze. Wychodzący z Rialto ludzie mieli uśmiech na ustach, a co poniektórzy płyty pod pachą, za pazuchą, w torebkach czy plecakach. Taka odskocznia od melancholii jest zdecydowanie mile widziana.