Nawet najbardziej oporna osoba nie mogła nie ulec energii, emanującej ze sceny krakowskiego Zet Pe Te. Za jej wyzwolenie odpowiedzialni byli The Fruitcakes. Zgrabnie łącząc klasyczny rock z szaleństwem indie rocka stworzyli okazję do dobrej zabawy. Przypomnieli jak ważne jest granie samo w sobie. I jak czerpać z tego przyjemność.

Koncert rozpoczął się z małym opóźnieniem po 20. Sala koncertowa klubu dodała klimatu. Nawet przy włączonym świetle było tam dość ciemno, a po bokach stały osłonięte ognie. Zespół wyszedł na scenę i zaczął grać, ale ich występ rozpoczął się tak naprawdę od drugiej zagranej piosenki. Wcześniej co chwilę coś sprzęgało. Cała czwórka obróciła jednak wszystko w żart, powiedziała, żeby o tamtym początku zapomnieć i śmiejąc się przywitała publiczność jeszcze raz. Widownia zareagowała z entuzjazmem. Fruitcakes zagrali potem Little Girl.

Setlistę zapełniły piosenki z pierwszej płyty grupy i z pierwszej drugiej czyli 2. Nie zabrakło więc na niej singlowych Sleepless, Suntime czy Our Love, zadedykowanego z przymrużeniem oka jednemu z fanów. Wdzięczne harmonie wokalne całego zespołu nieodwołalnie kojarzyły się z Beatlesami. Na liście utworów znalazło się jednak dość miejsca dla nowych piosenek, niezwykle energicznych, świeżych i świetnie sprawdzających się na żywo. Jedna z nich była nawet grana po raz pierwszy na żywo. Wyszła pięknie. Zwieńczając swój znakomity występ, zespół zagrał mieszankę z coverami – w tym You Can’t Judge a Book by the Cover spopularyzowane przez Bo Diddley’a i Jumpin’ Jack Flash z repertuaru The Rolling Stones.

IMG_20171116_205202

The Fruitcakes. Od lewej: Kuba Zwolan, Luki Tymański, Przemek Bartos, Tomek „Ziętas” Ziętek /fot. Mateusz Stypuła

Ten energetyczny popis trwał długo, bo godzinę i czterdzieści minut. Panowie zagrali jak zagraniczna gwiazda! Widać było pasję z jaką ta czwórka podchodzi do muzykowania i jak wielką radość sprawia im ta możliwość. Luźna, przyjazna i ciepła atmosfera panująca na sali sprawiała, że można było wyciągnąć z tego występu jeszcze więcej. Fruitcakes brzmieli niesamowicie ożywczo. Żaden z zaprezentowanych przez nich kawałków nie nużył. Widownia ani na chwilę nie straciła siły czy to na tupanie nóżką i lekkie podrygiwanie do rytmu, czy na bardziej zaawansowane formy tańca (widziane w głębi sali). W końcu trzeba było jakoś spożytkować tę przepływającą w obie strony moc.

Stopniowo zanikał też dystans muzyk-fan, tak często utożsamiany z koncertami. Zarówno widownia, nieraz żywo, rozmawiała z The Fruitcakes, jak i muzycy często wchodzili w kontakt z publicznością, głównie dzięki perkusiście Lukasowi, zręcznie i sprytnie lawirującemu między polskim i angielskim. Wynikła z tego niezliczona ilość żartów. Można było odnieść wrażenie, że na scenie nie grają raczej obcy ludzie, których (jak pewnie w przypadku większości osób) do tej pory się nie spotkało, a jedynie słuchało ich nagrań, tylko dobrzy znajomi grający w przyjaznym i znanym sobie gronie osób.

Te niemal dwie godziny mogły wypłukać z energii, jednak gdy występ zakończył się po dwóch bisach (najpierw zespół skończył grać, pożegnał się, ale nie zszedł ze sceny i zaczął znowu) ludzie wychodzili naładowani siłą do działania. Nawet jeśli ktoś był zmęczony, czuł to pozytywne zmęczenie. A to jeden z najlepszych znaków tego, że koncert był udany.