St Vincent chyba lubi stawiać sobie wyzwania. Każda jej trasa koncertowa to ściśle zaplanowane wydarzenie połączone z performancem scenicznym na najwyższym poziomie, a na swoich albumach studyjnych rzuca wyzwanie słuchaczom raz po raz definiując swoją wizję popu. Te albumy to również, mniej lub bardziej połączone ze sobą jednym motywem przewodnim, zbiory napisanych ciekawym, oscylującym pomiędzy literackim, a mową potoczną językiem, czasem pełne gier słownych. Tak jest również z najnowszym dziełem muzyczki, MASSEDUCTION.

Sam tytuł to zabawna gra słów, którą (jak wyraźnie mówiła sama Annie Clark w specjalnej konferencji prasowej na Facebooku) można wytłumaczyć na kilka sposobów. Po pierwsze mass seduction czyli uwiedzenie mas, jednak to również może znaczyć ma seduction (my seduction) jako uwiedzenie samej Clark. Wokalistka bowiem tym razem obrała sobie za cel opowiedzenie historii o miłości. Jak sama mówiła, cała płyta jest zbiorem takich właśnie opowieści. Mogłoby się wydawać dość nudno, St. Vincent jednak udało się przyciągnąć uwagę i rzucić wyzwanie słuchaczom prezentując na MASSEDUCTION historie zaczerpnięte z jej życia. Tym samym stworzyła, jak sama przyznaje, najbardziej osobisty album w karierze. Historie te napisane są jednak bardzo uniwersalnie i zapewne jedynie wokalistka wie co z czym połączyć.

Album zaczyna spokojna i melodyjna, prosta, elektroniczna ballada (w pewnym momencie można usłyszeć przetworzoną gitarę) Hang On Me, w którym Clark śpiewa You and me/We’re not meant for this world (Ty i ja/Nie pasujemy do tego świata) W jednym z wywiadów wokalistka tłumaczyła, że świat dyktuje ludziom pewne punkty zwrotne w życiu, takie jak małżeństwo, rodzicielstwo czy zaciągnięcie kredytu. Ona, jako piosenkarka i obrała inną drogę i widzi dla siebie inne kamienie milowe w życiu. Następne Pills sprawia, że wsiąka się bez reszty w tę płytę. Nie zaskakuje – opiera się na tym co najlepsze w twórczości Annie Clark – chwytliwości, świetnemu tekstowi, melodyjności i bardzo dobrym brzmieniu. Wokalistka śpiewa tu o tym jak przeróżne tabletki zawładnęły życiem człowieka. To również kawałek wyjątkowy z dwóch powodów: refren śpiewa Cara Delevigne, modelka, a prywatnie była dziewczyna Clark. Utwór jest również niezwykłym efektem współpracy z Sounwavem, producentem pracującym niemal wyłącznie z Kendrickiem Lamarem i resztą ekipy wytwórni płytowej Top Dawg Entertainment.

Piosenka tytułowa opiera się głównie na niezwykle przyjemnym dla ucha, głębokim bicie, elektronicznych smaczkach i powtarzanym co jakiś czas pojedynczym gitarowym riffie. Co ciekawe, pojawia się tam sampel z 政権腐敗 (Power Corrupts), bonusie na japońskiej edycji płyty, a wokalnie udziela się tu Toko Yasuda, członkini zespołu, z którym gra koncerty. Piosenkarka w refrenie znów bawi się słowami, tym razem zestawiając ze sobą dwa przeciwstawne zwroty – turn off i turn on – (I can’t turn off what turns me on) w znaczeniu nie mogę zaprzeczyć temu co mnie podnieca. Sugarboy to dynamiczny i synthpopowy numer chwilami przywołujący na myśl najlepsze ejtisowe brzmienia. Hollywoodzka obsesja niestarzenia się odzwierciedliła się tu w Los Ageless, mimo że tekst opisuje zawód miłosny. Najbardziej osobistym z utworów na płycie jest Happy Birthday, Johnny. Historia zawarta w tym kawałku opowiada o prawdziwej osobie z życia wokalistki i choć każdy w Nowym Jorku zna kogoś o imieniu Johnny, można połączyć to z Marry Me, piosenką z jej debiutu (śpiewa tam między innymi marry me John i Prince Johnny z płyty wydanej w 2014 roku.

Zdecydowanie najmniej przekonującymi piosenkami na płycie są Hang On Me, Savior i raczej niepotrzebna, krótka wstawka między utworami, Dancing with a Ghost. Giną one w napływie ciekawszych, lepszych i przyjemniejszych dźwięków. Jedną z najbardziej udanych kompozycji jest tu Fear the Future. To też najbardziej rockowy z numerów na krążku. Zdecydowanie za krótki, bardzo melodyjny i oparty na wspaniale brzmiącym bicie, a w połączeniu z kolejnym Young Lover, tym razem równie dynamicznym, lecz synthpopowym utworem, wręcz hipnotyzuje. W tej ostatniej piosence zresztą Annie Clark ma najpiękniejsze wokalizy od lat. Album zamykają dwie niezwykle nośnie skomponowane ballady – Slow Disco i Smoking Section. Ta druga jest utrzymana w rytmie walca i wyróżnia się (znów) mocnym basem.

St. Vincent nie zaskoczyła, ale też nie zawiodła. MASSEDUCTION ma swoje lepsze i gorsze momenty, ale to nadal dobra płyta pełna bardzo udanych kompozycji, zarówno pod względem tekstowym jak i muzycznym. Pozostaje tylko wypatrywać okazji jak te piosenki sprawdzają się na żywo.