W natłoku dźwięków często gubi się ich sens i znaczenie, a przekaz traci siłę. Ileż to razy w piosence brzmienie stawało się lepsze, ważniejsze, wyprzedzało słowa? Piosenka zdaje się wiecznie wahać pomiędzy tymi dwoma elementami. Wielu muzykom udaje się je połączyć, wielu nie. Na najnowszej płycie Paulina Przybysz podjęła się tego zadania i wyszła z niego obronną ręką.

Wokalistce udało się przywołać ducha neo soulu, alternatywnego popu i współczesnego rhythm and bluesa. Słychać, że bardzo dobrze czuje się w tych klimatach. W Saliva, kapitalnej i chwytliwej piosence otwierającej Chodź tu, pada określenie anti pop i zdecydowanie można się z tym zgodzić. To właśnie taki klimat. Tak oryginalna muzyka mogła być efektem pracy tak niezwykłego umysłu jakim jest Paulina Przybysz. Inteligentne teksty komentują bez ogródek muzykę i przedstawiają świat z perspektywy sypialnianej producentki, matki i odważnej kobiety. Równie wysoki poziom prezentuje Papadamy z gościnnym udziałem Katarzyny Nosowskiej. Genialnie mocny bit w połączeniu z cudnym tekstem wypada rewelacyjnie, jednak to Nosowska kradnie całą piosenkę dla siebie melorecytowanym fragmentem, z jak to powiedziała w jednym z wywiadów Przybysz, retroprzyszłości. I może rzeczywiście jest to jeden z najmniej radiowych kawałków, ale to żadna przywara – stanowi on jeden z najjaśniejszych punktów płyty.

Pięknie też prezentuje się Buy Me a Song, w którym Przybysz (nie po raz ostatni na płycie) próbuje swych sił jako raperka, czego efektem jest szybka i porywająca piosenka o oddaniu.
Dwa single promujące album – Dzielne kobiety i Pirx – choć oryginalne i ciekawe, nie porywają. A powinny. Od strony instrumentalnej pierwszy kawałek to istne cudeńko. Natalia Zamilska spisała się na medal i stworzyła tłusty bit na światowym poziomie. Tekst jednak nie klei się z całością, a przekaz w refrenie jest kompletnie spłycony i piosenka traci wagę. Pirx ani ziębi, ani grzeje i nie wyróżnia się niczym specjalnym.

Słychać wyraźnie, że Paulina Przybysz ma soulową duszę i serce z miłości do muzyki, a ona krąży w jej krwi, napędza ją do działania. W piosenki zawarte na płycie włożyła całą siebie i zależy jej na przekazaniu siły i prawd opowiadanych w tekstach. Zdaje się, że to płyta w duchu rewolucyjnym – odpowiedź na niepewne czasy – słychać to wyraźnie w tak dobrych numerach jak No Entrance czy System, ale wszystkie 12 tekstów można odczytywać w mniejszym lub większym stopniu w ten sposób. Kumoi to kolejny wspaniały instrumentalnie i tekstowo numer, a jego urocza końcówka zdecydowanie wywołuje uśmiech na twarzy. Ciekawym zakończeniem jest też piosenka Owce, w której słychać (a jakże) te zwierzęta, a całość skomentowana jest inteligentnym tekstem wyrażającym chęć ucieczki od zgiełku cywilizacji.

Świetne brzmienie wynagradza wyżej wspomniane minusy, a całość odbiera się całkiem przyjemnie i dobrze, a piosenki zawarte na krążku zapadają w pamięci. To na pewno oryginalna propozycja muzyczna – na polskiej scenie dawno czegoś takiego brakowało. Dobrze, że Paulina Przybysz wróciła. Zawsze cudnie się jej słucha.