Slowdive powrócił do Polski po 3 latach od ostatniego koncertu w Katowicach. Tym razem zespół zawitał do warszawskiego klubu Palladium, gdzie dał dość kameralny, jak na siebie, koncert. Grupa porwała publiczność, a dla wielu osób ten koncert okazał się być najlepszym i najpiękniejszym wydarzeniem w jakim uczestniczyli.

Wszystko jednak rozpoczął support – znakomity producent Benjamin John Power ukrywający się pod pseudonimem Blanck Mass i jego elektroniczne, ambientowo-eksperymentalne brzmienia zahaczające momentami o muzykę drone. Blanck Mass świetnie bawił się, schowany za DJ setem, puszczając swoje hałaśliwe i świdrujące uszy utwory. Maksymalne natężenie basu sprawiło, że całość brzmiała bardzo apokaliptycznie. Wrażenie potęgowały niezrozumiale artykułowane dźwięki, które muzyk wydawał z siebie przetworzonym głosem w niektórych numerach. Moc muzyki płynęła ze sceny i można było jedynie się jej oddać.

IMG_20171002_202815

Blanck Mass /fot. Mateusz Stypuła

Wszyscy zgromadzeni w Palladium ludzie z niecierpliwością czekali na upragniony koncert. I wreszcie, punktualnie o 21.15, puszczono z taśmy Deep Blue Day Briana Eno – sygnał rozpoczynający koncert. Halstead, Goswell i spółka wyszli na scenę. Na początek zagrali Slomo z nowej płyty, które zdecydowanie sprawdza się jako kawałek otwierający koncerty. Potem, ku uciesze publiczności, zabrzmiały Catch the Breeze i Crazy For You, które to w wersji live brzmi przepięknie: wszystkie piosenki z albumu Pygmalion, które zespół wykonuje na koncertach (oprócz wyżej wymienionej jeszcze Blue Skied An’ Clear) zostały przearanżowane tak, by były bardziej dynamiczne i żywsze. Nie tracą one przy tym ani trochę że swojego oryginalnego czaru. Slowdive dali radę tchnąć w nie nowe życie.

Z nowej płyty można było usłyszeć jeszcze między innymi Star Roving, Sugar For the Pill, Don’t Know Why – kawałek, który zespół zagrał pierwszy raz na żywo – a także zagrany na bisa No Longer Making Time. Oszałamiający shoegaze wypełnił warszawski klub i widownia miała szansę jeszcze usłyszeć na żywo takie cudowne klasyki zespołu jak Avalyn I, Souvlaki Space Station, Alison czy cover Syda Barretta Golden Hair wykonany jako jeden z numerów zamykających koncert.

IMG_20171002_211724

Slowdive /fot. Mateusz Stypuła

Przed wykonaniem When the Sun Hits Neal Halstead zwrócił się do publiczności Ale jesteście cicho czym wywołał zamierzony atak euforii. Muzyk na scenie był stonowany i zachowywał się spokojnie, jednak widać było, że dobrze się bawi. Tak samo zresztą jak reszta grupy, czerpał radość z grania. Basista Nick Chaplin często grał odwrócony twarzą do perkusisty Simona Scotta, a najbardziej wycofaną osobą okazał się drugi gitarzysta Christian Savill, który po prostu stał sobie na swoim miejscu w cieniu od czasu do czasu wykonując parę kroków w przód czy w tył. Rachel Goswell za to ciągle się ruszała, kołysała swoim ciałem w rytm muzyki i, w miarę jak setlista jej pozwalała, chodziła po scenie czy to grając na gitarze, tamburynie czy grzechotce. Jej konferansjerka nie była zbyt rozbudowana i poza kilkoma bardzo szczerymi Dziękujemy i pożegnalnym Wspaniale nam się tu grało nie mówiła nic. Jednak na twarzy wypisane miała czyste szczęście i patrząc na jej uroczy uśmiech rozumiało się wszystko.

Wyczekane wydarzenie i marzenie wielu, których nie było stać na koncert w ramach OFF Festivalu w 2014 roku się ziściło. Muzyka Slowdive przenika do trzewi i czaruje duszę, a ich koncert w Warszawie nie tylko udowadnia jak wielkim i utalentowanym zespołem są. Rzeka shoegaze’u spływała prosto na wiownię, wraz z tak bardzo potrzebną energią i wszelkim spektrum pozytywnych emocji (albo sentymentów), które uwolnione wywołują niekontrolowany deszcz łez. Płakać na koncercie? Jak najbardziej. Na tak pięknym i rewelacyjnym można. A koncert Slowdive w Warszawie był właśnie taki.

IMG_20171002_212603

fot. Mateusz Stypuła