Trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie dnia niż koncert, który zachwyca bez reszty. Mery Spolsky w Żywcu pokazała klasę i rozpromieniła twarze ludziom przynajmniej do momentu w którym, zmęczeni położą się spać i pod powiekami będą wyświetlać sobie obrazy – wspomnienia minionego dnia.

Wszystko zaczęło się chwilę po 19 na sali widowiskowej Miejskiego Centrum Kultury. Przed koncertem zapowiedziano projekcję, niezwiązanego z wykonawczynią, krótkiego filmu promocyjnego w ramach imprezy Żywiec – Miasto zmySŁÓW, a chwilę potem z głośników rozległy się dźwięki Dzień dobry very much i na skąpaną w dymie scenę wyszła przywitana gorącymi oklaskami Mery Spolsky. Intro płynnie przeszło w Niema Mery i wokalistka zaczęła śpiewać. Witając się very much powiedziała, że pierwszy raz jest w Żywcu i ma nadzieję, że publiczności spodobają się jej piosenki. Mery wyszła na scenę sama z białą gitarą akustyczną z czerwonym krzyżykiem (takim jak na okładce płyty) i podpisem, oraz komputer z którego to leciał często podkład wspomagający dziewczynę.

22016210_1658124160875546_595091153_n

Fot. Karolina Pająk

Na setliście znalazło się dużo piosenek nie z płyty. To początkowo zaskoczyło i trzeba przyznać, że właśnie dzięki tym kawałkom można było tak naprawdę dać się porwać żywiołowi, świeżości i energii bijącej ze sceny – wszystkie piosenki wprawiały też w podziw tego jak utalentowaną muzyczką jest Mery i jak świetne i błyskotliwe teksty piosenek pisze. A jak je pięknie śpiewa na żywo. I jak komponuje, bo jak sama powiedziała to co można było usłyszeć z komputera powstało w domu. Oprócz wymienionego wyżej numeru, z albumu Miło Było Pana Poznać można było usłyszeć Przegapiłam pogrzeb swój, Liczydło, Kolego, Alarm i Miło było pana poznać. Tytułową piosenkę z płyty nawet dwa razy – pojawiła się na bis i Mery zakończyła nią swój koncert. Wszystkie numery z płyty na żywo brzmiały niezwykle dobrze. Ba, nabrały nawet więcej ekspresyjności. I prawdziwości, bo na bisie Mery zaliczyła wpadkę. Ale oczywiście można przymknąć na to oko.

Dziewczyna wspaniale też radzi sobie w przerwach między utworami – ma bardzo dobrą konferansjerkę, jest pełna charyzmy, cały czas się rusza i tańczy, prowokując nawet co poniektórych siedzących na krzesłach widzów do tańca połową ciała. Zapowiadając Przegapiłam pogrzeb swój zapytała się publiczności kto na sali ma telefon, a potem nawiązała do tekstu piosenki mówiąc, że taki telefon czasem może zabić. Bez przerwy też rozluźniała i zachęcała ludzi zgromadzonych na sali do klaskania – na przykład przed numerem Liczydło poprosiła by wszyscy zaczęli klaskać na dwa gdy ona sięgnie po swój tamburyn. W rezultacie część piosenki zabrzmiała już całkiem euforycznie.

Fot. Karolina Pająk.

Fot. Karolina Pająk.

Gdy koncert miał się już kończyć, a wokalistka miała zagrać jeden ze spokojniejszych numerów, żeby trochę ochłonąć, wśród publiczności znalazł się jeden mężczyzna, który poprosił Mery o zagranie piosenki Elfy. Dziewczyna z zaskoczeniem w głosie powiedziała, że pierwszy raz jej się taka sytuacja zdarzyła – takiej prośby. Spełniła ją, pytając się go o imię. W odpowiedzi usłyszała Jon Bon Jovi i tak też zadedykowała utwór. W czasie jego wykonywania, mężczyzna śpiewał z widowni razem z nią i powstał z tego całkiem osobliwy duet wokalny. Potem na bis również można było usłyszeć tego podśpiewującego sobie pana, który zresztą wcześniej, przed bisem, wyszedł na scenę i wręczył Mery Spolsky kwiaty. Czerwone, więc pasują – skwitowała wokalistka po ich przyjęciu i zeszła ze sceny. To było dość niecodzienne zdarzenie.

Kolejnym zaskoczeniem, tym razem po występie, było to, że dziewczyna tak szybko przyszła przywitać się z fanami, podpisać płyty, bilety czy zrobić zdjęcia – po dość wyczerpującym koncercie. W rozmowie to ciepła, serdeczna i ciekawa ludzi dziewczyna. Siła jaka drzemie w Mery, jej talent i prezencja sceniczna przyczyniły się do tego, że ten koncert w Żywcu zapadnie w pamięci na długo. Bo już na pewno zostawiło apetyt na więcej!

Fot. Karolina Pająk.

Fot. Karolina Pająk.