Niedziela w Bielsku-Białej przywitała słoneczną pogodą. Poprzetykane chmurami niebo i duszność powietrza, przerywana co jakiś czas powiewami wiatru. Ludzie tłumnie zjawili się na terenie obok Hali pod Dębowcem by świętować pożegnanie lata. Wystąpił tam w tym roku między innymi zespół Hey. Przysłuchując się rozmowom ludzi zgromadzonych nawet pod sceną czy idących na koncert, można było usłyszeć różne wariacje zdania znam tylko dwie piosenki i można się założyć, że po tym występie zespół zyskał sobie nowych fanów – było cudownie.

Koncert zaczął się stosunkowo wcześnie, bo przed 19. Kasia Nosowska wyszła na scenę przy akompaniamencie krautrockowych dźwięków Błysku i oklasków widowni, ubrana w jedną z nowych plandek. Grupa świętuje 25-lecie swojej działalności i już niebawem ruszy w trasę Fayrant Tour po największych halach koncertowych w Polsce. Wraz z towarzyszącymi im gośćmi podsumują ten okres działania zespołu. Występy poprzedzające tę trasę niejako do niej przygotowują. Mimo, że Hey na koncertach już od jakiegoś czasu gra materiał przekrojowy ze wszystkich swoich albumów studyjnych, w Bielsku-Białej można było usłyszeć piosenki, nie grane tak często jak np. 4 pory.

Początek występu grupy upłynął pod znakiem Błysku. Z tejże płyty, oprócz numeru tytułowego, wybrzmiały Ku słońcu, Prędko, prędzej, 2015 i Historie. Teraz już z ręką na sercu można powiedzieć, że muzycy oswoili się z nowymi numerami. Na żywo brzmią świetnie, coraz lepiej i lepiej, a Krawczyk, Chrzanowski, Żabiełowicz, Macuk i Ligiewicz ciągle udowadniają, że są profesjonalistami w swojej dziedzinie. Potem rozpoczęła się kanonada ze starszych płyt i można powiedzieć, że tę część stanowiły same hity. Wspaniałe kawałki takie jak Cudzoziemka w raju kobiet, której też nie można było usłyszeć zbyt często czy Faza Delta. Hey zadbał również o to, by widownia nie czuła się znużona ciepłem unoszącym się w powietrzu i zafundował dawkę porządnego gitarowego grania – Luli Lali, Cisza, ja i czas, Muka!, [sic!] oraz Mikimoto – Król pereł. Tą ostatnią piosenkę zespół odświeżył niedawno po kilkuletniej przerwie. Innym małym zaskoczeniem okazał się Moogie z płyty Music, Music.

Hey. fot. materiały autora.

Hey /fot. Mateusz Stypuła

Od czasu wydania Błysku muzycy grają bardziej surowo i na pierwszym miejscu stawiają właśnie gitary, podczas gdy klawisze i inne smaczki stanowią dla nich tło. Tak było również na tym koncercie. Inna kwestia to nagłośnienie i tu było kiepsko, ale winą za to trzeba obarczyć organizatorów. O ile pod sceną było jeszcze całkiem słychać przy głośnikach, o tyle dalej wszystko pływało. Cóż, ale czego spodziewać się po takiej imprezie jak pożegnanie lata…

Kasia Nosowska wypadła rewelacyjnie. Jej konferansjerka, która z każdym rokiem się rozwija, również i tym razem na swój sposób urzekła publiczność. Scena była ustawiona pod namiotem i po jak zawsze uroczym przedstawieniu się wokalistka stwierdziła, że jest tam tak gorąco jak na Tent Stage na Open’er Festival. Dzięki temu muzycy mogli poczuć się jak na tym festiwalu mimo że nie grali tam ani w zeszłym roku, ani w obecnym. W pewnym momencie Kasia zaczęła żartować, że nikt prawdopodobnie nie widzi perkusisty Roberta Ligiewicza ustawionego za nią, tylko ludzie stojący z boku po prawej i lewej. Śmiała się też obiecałam mu, że schudnę jak się rozpadniemy, a póki co…. Po otarciu twarzy z potu przytoczyła też ze śmiechem małą anegdotkę o ręcznikach. Jej tata nie okazywał nigdy wielkiego entuzjazmu wobec śpiewania w zespole i grania. Któregoś dnia Hey grał w Lublinie, gdzie jej tata mieszkał po wyprowadzce ze Szczecina. Po koncercie Kasia cała spocona zeszła ze sceny, a on powiedział jej, że mogłaby pomyśleć o jakimś ręczniku bo wygląda okropnie.

Zapowiadając Mikimoto – Króla pereł Nosowska powiedziała, że czasami patrzy się na jakąś osobę i myśli jakie ten ktoś ma udane życie, a w rzeczywistości tamta osoba jest takim samym człowiekiem jak wszyscy i ma problemy, czuje się samotny mimo że go wszyscy lubią. Przed Mimo wszystko wokalistka mówiła, że jeśli się już znajdzie w życiu miłość, trzeba umieć przebaczać tej drugiej osobie i wybaczać jej błędy, które czasem popełni. A jeśli chodzi o Kto tam? Kto jest w środku? to oprócz tego, że jest to piosenka o przyjaźni, to zdaniem Nosowskiej przyjaźń jest równie ważna, jeżeli nawet nie ważniejsza w życiu niż miłość i gdy już się takiego przyjaciela znajdzie, trzeba go hołubić.

fot. materiały autora.

fot. Mateusz Stypuła

Zamykając swój set, Hey zagrał jedną ze swoich najweselszych piosenek (i chyba najbardziej znaną) czyli Teksańskiego. Jednak koncert nie mógł zakończyć się tak szybko. Widownia nagrodziła ich gromkimi brawami trwającymi dobre kilka minut. To musiało się zakończyć bisem. I oczywiście zespół wyszedł ponownie na scenę To znowu my i publiczność zgromadzona pod Dębowcem usłyszała cover Arahji zespołu Kult. Wszyscy muzycy w Heyu są zgodni co do tego, że jest to jedna z najpiękniejszych polskich piosenek. W ich wykonaniu jest niezwykle poruszająca i mrozi nie bardziej niż oryginał.

Drugą i ostatnią bisową piosenką okazał się kolejny klasyk z klasyków Heya i druga z weselszych ich piosenek: Moja i Twoja nadzieja piosenka o tym by mieć wiarę we własne siły. Żegnając się z widzami Kasia Nosowska życzyła szczęścia, a jak wiadomo każdy inaczej je definiuje i spełnienia marzeń bo głęboko wierzy, że życzenia wypowiadane ze sceny mają większą moc sprawczą. Spełnienia marzeń takich, o których każdy sobie myśli przed snem. 60% z rzeczy, które sobie wymarzyła pod powiekami przed zaśnięciem się sprawdziło i ma nadzieję, że spełni się także wszystkim adresatom tychże życzeń. Po tych słowach głęboko się ukłoniła, pomachała i zeszła ze sceny. Chwilę później w ślad za nią udał się zespół i wszystkich nagrodzono jeszcze głośniejszymi oklaskami.

Słabe nagłośnienie tylko delikatnie umniejszyło znaczenie ten piękny koncert. Muzycy Hey po raz kolejny pokazali klasę i zjednali sobie publiczność w każdym wieku zyskując nowych fanów oraz wywołując sentymenty w sercach tych, którzy słuchali ich za młodu. To była okazja do odpłynięcia w przecudny świat dźwięków, okazja na muzyczną ucztę jakich mało, a uśmiech nie schodził z twarzy od początku do końca koncertu.

fot. materiały autora.

fot. Mateusz Stypuła