Jak pożegnać lato, to najlepiej tak, by to pożegnanie zapadło w pamięci na długo. XXII edycja Sofar Sounds Krakow metaforycznie pożegnała lato właśnie w taki sposób. Po raz pierwszy w historii krakowskiej edycji tej pięknej inicjatywy jaką jest Sofar, koncerty odbywały się w domu prywatnym, w krakowskich Łagiewnikach. Na terenie posesji znajdował się dość spory ogród i to właśnie tam rozstawiono instrumenty i odbywało się całe wydarzenie. Pogoda była cudna, a wieczorem komary miały niezłą ucztę.

Jako pierwsi zagrali FJORS. To czteroosobowy zespół, z podejściem i drygiem godnym profesjonalistów. Zwykle w swojej twórczości mieszają brzmienia instrumentów klasycznych takich jak harfa, wiolonczela czy nawet kalimba z elektroniką, na Sofar przygotowali jednak bardziej akustyczny set. Piosenki grane tamtego wieczoru w pewnym sensie zbliżyły ludzi do siebie i sprawiły, że wszyscy poczuli się zrelaksowani. Przepiękny i czysty głos wokalistki Aleksandry Kacy zjednał sobie publiczność. FJORS zaprezentowali materiał śpiewany głównie po angielsku, z jednym wyjątkiem – piosenką Sen. Z początku mogłoby się wydawać, że jest to kolejna zwykła piosenka o miłości, jednak potem zmienia się ona w przejmujące wyznanie złamanego serca. Dreszcze! to wszystko, plus wspomniane wyżej przepięknie brzmiące instrumenty, wywołało dreszcze.Nic dziwnego, że gdy zespół skończył grać, ludzie nie mogli przestać się zachwycać.

Tak dobra atmosfera nie opuściła tego miejsca już do końca. Jako drugi wystąpił Leepeck, utalentowany muzyk, kompozytor i tekściarz z Warszawy. Mówił, że jego pseudonim artystyczny jest jak połączenie Lee Marvina i Gregory’ego Pecka (aktorów Złotej Ery Hollywood). Swoją muzykę opisuje jako alternatywny folk. Pod koniec kwietnia ukazała się jego debiutancka płyta BORDERLINE. Mimo, że na płycie wspomaga go wielu różnych muzyków, na Sofar przybył wystąpić w duecie z Piotrem Czajerem, który zagrał na banjo. Jak wiadomo, folk kojarzy się opowiadaniem przeróżnych historii na niezliczone tematy, a Leepeck wybrał ten temat, który jest najbardziej znany i właściwie niewyczerpalny – miłość. Świetnie też wchodził w interakcje z widownią. Delikatne dźwięki guitalele i banjo unosiły się w powietrzu, muzyk przyjemną barwą głosu, a wszystko to wprawiało w bardzo letni nastrój. Aż chciałoby się położyć na trawce, patrzeć na gwiazdy i marzyć. Gdyby tylko nie te komarzyce, które siekały gdzie popadnie!

Czar trwał jednak nadal gdy przyszedł czas na występ MITKI z gościnnym udziałem Helaine Vis. Wytwarzyli oni atmosferę niesamowitej błogości. Helaine Vis zaśpiewała przecudnie, jazzująco, i bardzo urokliwie. Pozostali instrumentaliści wypadli świetnie. W pamięci została zwłaszcza trąbka. Wszystko budziło echa wczesnych kompozycji Mikromusic, w których jeszcze było pełno różnych improwizacji wokalno-instrumentalnych w poszczególnych partiach piosenek. Jeden kawałek, który zagrali to cover Dillon 1335, który brzmiał tak dobrze, że można by uznać go za kompozycję własną projektu. Wokalistka doskonale czuła wszystkie piosenki, które śpiewała, a jej głos niósł spokój i szczęście. Szczęście, które znaleźli w tamtym miejscu wszyscy kochający muzykę. A wszystko to dzięki niezwykłym wykonawcom uświetniającym tak nadzwyczajne wydarzenie jak koncert w domu prywatnym, organizatorom, którzy dwoili się i troili, żeby wszystko wybrzmiało jak najładniej, no i oczywiście właścicielom domu, którzy sprawili, że sierpniowy Sofar Sounds Krakow zostanie w pamięci długo, długo. Ach, co to były za koncerty!