Drugi dzień OFF-a ograniczyłem do trzech koncertów, ale co tu dużo gadać, każdy jeden lepszy od drugiego i zwieńczenie dnia czyli PJ Harvey. Najpierw jednak poszedłem pod scenę Trójki gdzie występowali Kikagaku Moyo. Japoński kwintet wytwarza swoimi gitarami przecudowną ścianę dźwięków. Ich koncert, na którym zagrali swoje starsze kawałki i jeden z wydanej w tym roku EP-ki Stone Garden był niezwykłe oczyszczającym i odświeżającym doświadczeniem. Deszcz dźwięków, jaki spadł na widownię, dodał energii i rozruszał ludzi. Zespół był zaskoczony, że tak wielu ludzi chce ich słuchać tutaj w Polsce. Byli nam, słuchaczom, ogromnie wdzięczni.

Kikagaku Moyo.

Kikagaku Moyo /fot. Mateusz Stypuła

Sheer Mag to też porządna dawka dźwięków. Mieszanka hard rocka z punk rockową energią i szybkością oraz moc porywająca tłumy. Świadczą o tym tumany pyłu (od skakania widowni) unoszące się na całym polu przed sceną główną i osiadające wszędzie. Moje ręce wyglądały jakbym bawił się węglem. Ale występ niezły. Wokalistka Tina Halladay śpiewa ochrypłym, trochę skrzeczącym i ciekawym głosem. Choć studyjnie mnie nie przekonują, jestem w stanie zrozumieć dlaczego grupa zyskuje coraz więcej fanów i dobrze było ich usłyszeć na żywo.

Tak naprawdę jednak stanąłem pod barierkami tylko dla PJ Harvey. Ta wyszła na scenę z pompą (bo w asyście kilkuosobowej orkiestry) i z rogami na głowie, ale też z dziesięciominutowym opóźnieniem. Bałem się, że zagra dokładnie te same piosenki co na Open’erze i w Warszawie. Jednak nie! Choć na setliście znalazły się piosenki z jej dwóch ostatnich albumów studyjnych, Polly zaskoczyła wszystkich wykonaniem Shame z płyty Uh Huh Her i bardzo rzadko graną White Chalk z intymnej płyty o tym samym tytule. Z nie tak często granych numerów, w Katowicach można też było usłyszeć In the Dark Places i Dear Darkness.

PJ Harvey i jej zespół.

PJ Harvey i jej zespół /fot. Mateusz Stypuła

Choć setlista była w gruncie rzeczy taka sama, a ze względu na ścisłe ramy czasowe koncert był krótszy, wypadło to lepiej niż na Open’erze pod koniec czerwca 2016 roku. Mniejsza scena zbliżyła wokalistkę i jej zespół oraz słuchaczy. Polly była w świetnej formie wokalnej. Jej mikrofon był ustawiony naprzeciwko wiatraka i można było chwilami mieć wątpliwości czy aby nie jest jej zimno. Dość specyficzne i trudne w odbiorze, polityczne pieśni z Let England Shake i The Hope Six Demolition Project zabrzmiały potężnie. 9-osobowa orkiestra na scenie nadała im pełni mocy. Cały zespół był doskonale zgrany, a aranże piosenek perfekcyjne. Przyjechał też John Parish. Ciężko powiedzieć o dobrej zabawie w powszechnym tego słowa znaczeniu, bo trudno szczerzyć się z radości słuchając tekstów o biedzie i okrucieństwie wojny, ale PJ Harvey po raz kolejny pokazała klasę i to jak wielką siłą oddziałującą potrafi być muzyka sama w sobie.

Muzyczka udowadnia to już od dawna, ale trzeba być na jej koncercie by w pełni pojąć cały ten koncept. I szczerzyć z radości zdarzyło mi się cały czas między piosenkami, w podzięce za to czym jakimi dźwiękami Harvey obdarowywała publiczność. Małe szaleństwo pod sceną rozpętało się na szybkim 50 ft Queenie. A na koniec przedstawiła swój zespół słowami Moi muzyczni co było prawdopodobnie wariacją zwrotu Moi muzycy. Ten koncert zostanie na długo w pamięci. Jestem pod gigantycznym wrażeniem umiejętności PJ Harvey i jakości jej koncertów. Jeszcze bardziej niż byłem. To było niesamowite przeżycie.

Siła i perfekcja.

fot. Mateusz Stypuła