Korki. Myślałem, że spóźnię się przez nie na SALK, ale udało mi się dobiec pod scenę Trójki dosłownie gdy zespół wychodził na scenę. Krótki (półgodzinny) festiwalowy set zaczęli tradycyjnie od Alien, które dzięki dobremu nagłośnieniu wybrzmiało mocno i niezwykle przyjemnie. Zespół zagrał jeszcze Dead Sea i Halmaherrę, skocznego Dizonaura, nieskoczną Kołysankę dla dwóch matek i Matronikę.Trio i widownia topili się w upale aż nagle lunął deszcz i wokalistka Marcela Rybska żartowała, że zaraz po koncercie pójdziemy wszyscy biegać w deszczu. To niebo płakało bo smutne tekno. Koncert był świetny i zabawny, szczególnie gdy Marcela pod koniec powiedziała o sobie Miałam przyjemność poprowadzić ten koncert. Uwielbiam słuchać SALK. A Mateusz Sarapata pokazał, że muzykowi nawet kontuzja ręki nie jest straszna.

SALK.

SALK /fot. Mateusz Stypuła

Następnie poszedłem sobie pod scenę eksperymentalną posiedzieć przy dźwiękach Mirt+Ter. Całkiem ciekawe. Elektroniczne dźwięki, dobre i bardzo w duchu eksperymentalizmu.

Wróciłem na scenę Miasta Muzyki posłuchać Bitaminy. Tyle o tym zespole słyszałem, że w końcu stwierdziłem mam czas to sprawdzę. Pozytywnie się zaskoczyłem. Chociaż może nie jest to kapela najwyższych lotów, brzmią ciekawie i świeżo, momentami bardzo luźno (głównie za sprawą rozbujanego wokalisty Mateusza Dopieralskiego) i przyjemnie.

Bitamina.

Bitamina /fot. Mateusz Stypuła

Tak jak SALK ma Kamila Kwidzińskiego, Bitamina ma swojego wierszokletę: Piotra Sibińskiego. Tyle, że Piotr wychodzi na scenę i recytuje przy akompaniamencie muzyki. Fajny występ.

Pierwszy od lewej: Piotr Sibiński.

Pierwszy od lewej: Piotr Sibiński /fot. Mateusz Stypuła

I w końcu to, na co czekałem cały czas – Ulrika Spacek. Ten młody zespół, z zaledwie dwuletnim stażem, zagrał fenomenalnie! Dźwięki płynące spod sceny były nieziemskie. Na setliście znalazło się pół numerów z pierwszej i pół z drugiej płyty grupy. Brzmią bardzo, bardzo świeżo, odpowiednio głośno i przejrzyście. Grają na 3 gitary, bas i perkusję. Co za dźwięki! Po koncercie spotkałem się z gitarzystą Rhysem Williamsem i basistą Benem Whitem przed wejściem na backstage. Pogadaliśmy i głównie wychwalałem ich grę. Mówili, że nie grają za często na takich wielkich scenach i chyba byli trochę poddenerwowani tym. Ale wyszło super.

Ulrika Spacek.

Ulrika Spacek /fot. Mateusz Stypuła

Wróciłem na scenę główną, żeby posłuchać genialnego polskiego zespołu Trupa Trupa z Gdańska. Grają alternatywnie, nowo-falowo nawet, dwóch wokalistów. Jeden gitarzysta miał gitarę zrobioną z takiego pudła metalowego. Przepraszam jeśli to było coś ważnego, nie znam się na mechanice. Świetny i oryginalny pomysł. Kolejny raz świeżość, świeżość, świeżość. Cudowny, energiczny set. Grupa grała piosenki ze świetnego albumu Headache i z Jolly New Songs, która dopiero ukaże się jesienią. Było super. A zespół nie spodziewał się, że nowe piosenki się tak spodobają widowni i, że będzie jej tak dużo na ich koncercie.

Trupa Trupa, a po prawej super gitara!

Trupa Trupa, a po prawej super gitara! /fot. Mateusz Stypuła

Po Trupie Trupa udałem się od razu na solowy koncert Michaela Giry. Wokalista Swans zagrał przejmujący set akustyczny na który złożyły się piosenki zarówno Swans, jego solowe jak i Angels od Light. To ciężka muzyka. Trudna w odbiorze. Gira zapowiedział jedną piosenkę mówiąc, że napisał ją dla żony, żeby zaśpiewała. I piosenka jest na najnowszej płycie Swans, nazywa się When Will I Return i zaczyna się słowami On trzyma ręce na moim gardle… to już wiele mówi. Gira skomentował też obecną sytuację polityczną w Polsce i stwierdził, że w Stanach mają podobnie (tekst piosenki Swans AmnesiaThe President’s mouth is a whore. Ten ledwo godzinny koncert zgniótł mnie mentalnie. Szacunek! I rzadko kiedy widziałem, żeby ktoś na festiwalu grał na bis. A on zagrał.

Michael Gira.

Michael Gira /fot. Mateusz Stypuła

Noc zdobyła dla siebie Leslie Feist. O północy wyszła w różowej sukience i z gitarą elektryczną przewieszoną przez ramię. Często zmieniała ją na akustyczną. W kwestii solówek i interakcji z widownią jest wspaniała. Opowiadała jak bardzo chciała przyjechać do Polski zagrać i ciągle zagadywała ludzi pod sceną. Zagrała głównie piosenki z jej najnowszej płyty Pleasure, ale nie zabrakło też jej starych przebojów, w tym takich z których jest najbardziej znana. Pełna energii i nią zarażająca, wokalnie na żywo wypada bardzo dobrze. Widownia nauczyła wokalistkę jak poprawnie wymawiać Katowice. A sama Leslie Feist zachęcała do tego by w pierwszy dzień festiwalu znaleźć sobie kogoś z kim się ten festiwal opuści. Sama zeszła ze sceny po jednej bisowej piosence: Zagramy wam jeszcze dwie piosenki. Z tym, że jedną normalnie a drugą na bis, także… Pięknie! I tak się skończył pierwszy dzień OFF-a.

Feist.

Feist /fot. Mateusz Stypuła

IMG_20170805_000427

fot. Mateusz Stypuła