Plener. Dość mała (choć nie najmniejsza) scena w gąszczu knajpek. Nieopodal potężne drzewo. Przy parasolach wystawione, zależnie od lokalu, krzesełka, leżaczki, siedzonka. Sielsko! W takiej atmosferze zaczął się koncert Julii Marcell w Krakowie. Miesiąc po występie na Wiankach wokalistka wróciła do tego pięknego i pełnego studentów miasta i zagrała w Samo Ż w ramach serii koncertów Miejskie Granie.

Każdy koncert Julki na którym byłem odznaczał się czymś innym. Były koncerty energiczne i żywe, były też te bardziej delikatne, ale jednak z pazurem, który zawsze gdzieś tam się czai w tym co tworzy. Nigdy jeszcze nie byłem jednak na takim jej koncercie, który odznaczałby się surowością. Aż do wczoraj. Podczas koncertu w Samo Ż można było usłyszeć nowe aranżacje starszych i nowszych piosenek. Te numery z płyty June, które już wcześniej były aranżowane tak, by jak najlepiej brzmieć na scenie, teraz żyją trzecim życiem. Matrioszkę, która już wcześniej na koncertach była kawałkiem do poskakania, zagrano jeszcze ostrzej, niemal punkowo. Shhh, które również jest koncertową petardą, brzmiało bardziej klubowo (jednak z mocnym akcentem gitar). I wzięło mnie to piękne połączenie całkiem. Julka i zespół zaskoczył przearanżowanymi wersjami kawałków z albumu Proxy. Nowa wersja Wstrzymuję czas, dotychczas granego z wesołością i energią, to zimne, industrialne cudeńko. Rewelacyjny aranż i zmiana tempa na wolniejsze – w połączeniu z dźwiękiem tekst piosenki ma teraz zupełnie inny wydźwięk. To numer, który rozwija się powoli, narasta, narasta, a w momencie gdy już pewnie wszyscy spodziewali się wybuchu tego co było dawniej, sprytnie zostaje taki do końca. Coś pięknego, naprawdę. Chapeau bas za tę aranżację!

Również Superman, jedna z moich ulubionych piosenek z repertuaru Julki, okraszona została zimnym outro podczas którego zespół stoi w bezruchu dobre półtorej minuty (a może minutę). Wszystko na tle efektu sprzężenia wywołanego przez gitarę Julii. Ciekawe czy jest to zapowiedź tego co będziemy mogli usłyszeć kiedyś, na następnym krążku wokalistki. Mam nadzieję, że tak, bo bardzo mi to smakowało i jestem głodny właśnie czegoś takiego!

Oprócz zmienionych piosenek, można było posłuchać między innymi Since, na koncertach granej zawsze z rockowym pazurem, Anrew, który coraz częściej pojawia się tu i ówdzie na żywo, Tetris, Tesko i Tarantino odśpiewane przeze mnie tak głośno, że ochrypnąłem. W pewnym momencie perkusista zszedł ze sceny, a Julia w towarzystwie Mandy Ping Pong i basisty Thomsena zapowiedziała słowami z podziękowaniem: Następną piosenkę dedykuję pewnej osobie na widowni, on będzie wiedział, że to o niego chodzi niezwykły wykon. Wybrzmiał Marek. A był to wykon niezwykły za sprawą zarówno dedykacji, jak i zmienionych słów tekstu. Bo zamiast Marka, pojawił się w nim Paweł. Zaraz po Pawle trio zagrało jeszcze SMS określony przez Julię jako smęt, a przez Mandy jako wolniaczek co ze śmiechem przyjęła tak sama Julka, jak i widownia. A przed zaśpiewaniem Cinciny Julka ze śmiechem stwierdziła, że to będzie piosenka konkurencyjna w stosunku do banerów wiszących za nią (wisiały banery Żywca), ale zachęca do picia trunków. Picia z głową oczywiście. Na bis wybrzmiało jeszcze Ministerstwo mojej głowy.

Mimo tego dobra, pięknych aranży i żarcików, miałem wrażenie, że coś jest nie w porządku. W stosunku do poprzednich koncertów Julii Marcell na których byłem (a byłem na sześciu), na tym atmosfera nie była najlepsza, czasem, w moim odczuciu, zimna i (nie tylko ze względu na zmienione aranże) aż napięta. Uwagę zwróciło też zachowanie muzyków na scenie. Choć uśmiechnięci, byli bardziej wycofani. Również sama Julia odzywała się mniej, uśmiechała się rzadziej. Nie była też w najlepszej kondycji wokalnej i czasem miała trudności z utrzymaniem równowagi (choć wysokie obcasy mogą być tego powodem).

Ale momenty gdy podchodzi do Thomsena i grają stojąc naprzeciwko siebie dalej są epickie! i mimo tych zgrzytów, nie mogę powiedzieć, że koncert był nieudany. Podobało mi się. Muzycy po raz kolejny udowodnili jak dobrze potrafią grać i jak porywają tłumy. Choć był to najsłabszy występ Julii Marcell jaki widziałem, z niecierpliwością wyczekuję kolejnej okazji usłyszenia jak jej piosenki ewoluują. Pozostaje mieć nadzieję, że to rozczarowanie minie szybko, że to był taki jeden raz. To nie zmienia tego jak bardzo lubię twórczość Julii Marcell. Będzie lepiej!