Zaczęły się wakacje i sezon urlopowy. W związku z tym można powiedzieć, że ludzie wydają się bardziej radośni. Nic nie zmieni ich dobrego nastawienia, nawet pogoda, która ciągle płata figle. Tak było w dniu XXI Sofar Sounds Krakow, który tym razem odbył się w Wytwórni. To studio i miejsce otwartych warsztatów. Sala w której się znajdowaliśmy była duża na tyle, by pomieścić instrumenty klasyczne takie jak na przykład fortepian (którego akurat tam nie było), pianino (specjalnie przetransportowane na tę okazję, zostało potem pięknie wykorzystane) czy przeróżne instrumenty smyczkowe.

Dzięki bardzo dobrej akustyce tego miejsca, słuchanie tęskno, pierwszego zespołu tamtego wieczoru, było prawdziwą przyjemnością. Ten piękny projekt muzyczny wokalistki Joanny Longić i pianistki Hani Rani wystąpił jeszcze wraz z kwintetem smyczkowym – Kornelią Grądzką, Pauliną Kusą, Arturem Wieczerzyńskim, Zuzanną Stradowską i Mateuszem Woźniakiem – i zaprezentował utwory napisane w całości po polsku. Ich delikatne, acz pełne mocy, piosenki przeniosły publiczność gdzieś w nieznane regiony naszej galaktyki. Zespół powiedział, że to ich trzeci koncert w tygodniu (dzień po dniu). Zabawne, bo zmęczenia w ogóle nie było po nich widać. Ich bardzo dobrze napisane teksty i muzyka opowiadały w dużej mierze o tym czego wszyscy pragniemy i za czym wszyscy tęsknimy. Ten koncert był w pewien sposób krzepiący, a ludzie na sali bili brawa i dawali wyraz uznania dla talentu zespołu tak długo, że muzycy musieli kłaniać się przed nimi w podzięce aż trzy razy zanim pozwolono im w spokoju opuścić salę i odsapnąć po koncercie.

Po dziesięciu minutach przerwy swój set rozpoczęli Side Roads. Stanowiło to małą przerwę od przepełnionej emocjami muzyki serwowanej przez wcześniejszy zespół. Wokalistka Magdalena Radecka zdawała się być rozemocjonowana tamtym występem, o czym zresztą powiedziała między piosenkami. Był to jej (jak i zespołu) pierwszy koncert w Krakowie. Radecka przeprowadziła się tam z Gdańska. Wokalista Adam Tomaszewski mówił, że zespół bał się o swoją przyszłość po tej przeprowadzce, ale gdy nadarzyła się okazja zagrania na Sofar Sounds Krakow, reszta muzyków (czyli altowiolinista Jakub Wojna, grający na basie Jerzy Jurkowski i Adrian Cygi Kondratowicz, który grał na dwóch cajonach) od razu zgodziła się przyjechać do stolicy Małopolski. Prawdopodobnie grali tego samego dnia, w którym przyjechali znad morza. Jednakże ich występ był naprawdę dobry. Ludzie zdawali się być odurzeni ich muzyką, zwłaszcza cudownymi harmoniami wokalnymi śpiewającego duetu. Kawałki były tak ładnie zaaranżowane, tak lekko… zdawało się, że jeszcze chwila, a można by było stamtąd odlecieć.

Na koniec zagrał równie równie wspaniały siedmioosobowy zespół Maya and the Hummingbirds, który jeszcze nie wydał swojej debiutanckiej płyty, choć przymierza się do tego. Wokalistka Maja Kowalczuk była niemalże jak natchniona. Przejawiało się to głównie w sposobie w jaki rusza rękami i ciałem gdy śpiewa. To i długa suknia, którą miała na sobie tamtego wieczoru, budziło skojarzenia z bluesowymi śpiewaczkami z dawnych lat, czasem nawet z bardziej współczesnymi jak Florence Welch czy Bela Komoszyńska z Sorry Boys. Koncert wzbudzał emocje i poruszał w sposób dogłębny, był magiczny i porywający. Kowalczuk śpiewała z pasją i zaangażowaniem, tak też opowiadała zawsze o swoich tekstach, o czym są i co znaczą, O jednej piosence (Wounded Healer) mówiła o tym, że gdy życie nas kopie musimy się zdecydować – trzymamy się dalej tego bólu czy zostajemy Rannymi Uzdrowicielami. Wszyscy muzycy z zespołu okazali się bardzo utalentowani i doskonale wiedzieli co robią. Nic dziwnego – w końcu tworzą muzykę, która czaruje ludzi.

Lipcowy Sofar Sounds Krakow po raz kolejny okazał się prawdziwą ucztą dla uszu. Wszystkie trzy zespoły, które zaprezentowały się w krakowskiej Wytwórni naprawdę grały najlepiej jak mogły by wpisać się w historię tej cudownej inicjatywy jaką jest Sofar Sounds. Ludzie klaskali uradowani i udali się do swoich domów całkiem zadowoleni.