Drugi dzień festiwalu upłynął pod znakiem rockowych sentymentów, bo Jimmy Eat World, bo Foo Fighters… Ale najpierw poszedłem na SALK, którzy grali na Alter Stage. Ach, co to było! Wspaniale było ich posłuchać przy takim nagłośnieniu. Z najwyższą precyzją przepłynęli przez trudne wody tego występu. Wydawali się tacy malutcy na dużej scenie. Kwartet smutnych rybek, z niewidocznym tym razem poetą Kamilem Kwidzińskim, zagrał wszystkie piosenki z płyty Matronika oprócz jednej: O strachu do którego słowa zamiast Kamila napisał inny bardzo zdolny krakowski poeta Dawid Mateusz.

Moim następnym celem był koncert The Kills. Na skutek burzy w Berlinie przesunięto jednak koncert rapera G-Eazy’ego z 18.30 na 1.00. Zmieniły się też godziny występów innych muzyków na scenie głównej i zarówno The Kills jak i Foo Fighters zagrali wcześniej. Po tym jak poszedłem na chwilę posłuchać Jimmy Eat World, zdecydowałem się zostać już na nich do końca. Przypomnieli mi oni bowiem 5 albo 6 albo nawet i więcej piosenek, których słuchałem mając 13-14 lat. I o dziwo znam te piosenki na pamięć po 10 latach, a zespołu tak często nawet sobie nie przypominałem.

Cóż to była za energia! Cóż to była za moc! Zespół dał prześwietny występ. Na setlistę składały się same ich hity, choć zagrali też nowe kawałki. Wokalista nie mógł wyjść z podziwu, że tylu ludzi przyszło na ich pierwszy koncert w Polsce, Po tylu latach grania, i szalał na scenie. Przy ruchach głową z włosów spadały mu krople potu, przepocona do cna koszulka. Zapewniał też, że jeszcze wrócą do Polski. I przybijał piątki z ludźmi pod barierkami.

Tak jak M.I.A, na której koncercie zostałem w Tencie (przybiłem i ja!) Nie miałem zbyt wygórowanych oczekiwań co do tego występu. Przecież ona śpiewać nie umie. Liczyłem na dobry performance i go dostałem! Było bardzo fajnie. Przekrojowy materiał, dużo z pierwszej i drugiej płyty. Dwie kobiety w chórkach, DJ za wielką klatką, na której Maya podczas wykonywania jednej piosenki siedziała. Cały czas schodziła do ludzi pod sceną, głównie na środku, ale też do innych po prawej i lewej. Cieszę się bo 10 lat chciałem ją zobaczyć na żywo i wreszcie mi się to udało. I wracam do słuchania jej superowych płyt. Bez basu i muzyki, przez który nic nie słyszałem co mówi czy ledwo wychwytywałem jej rap.

Pod koniec koncertu zrobiło mi się słabo i na chwilę, zamiast iść od razu na Foo Fighters, musiałem się położyć. Potem coś zjadłem, poszedłem do sklepu muzycznego, długo stałem w kolejce (i przegapiłem wtedy kawałek La Dee Da z nadchodzącej płyty zespołu wykonany wspólnie z Alison Mosshart z The Kills. Serce mam złamane. Grali długo, dwadzieścia kilka kawałków. Na setliście największe hity i nowe numery. I nie mogłem wyjść z podziwu, że Dave Grohl po tylu latach growlowania i ostrej gry jeszcze potrafi to robić tak wspaniale. Bo wychodziło mu to nieziemsko. Tak samo ma gadane. Prześwietny kontakt z publicznością.

Po tym już pojechałem na mieszkanie. A trzeci dzień to taki luźniejszy.