Przygodę z Open’erem 2017 zacząłem od teatru. Poszedłem na sztukę trwającą 4 godziny sztukę (A)pollonia. Obsada świetna. Grali tam między innymi Magdalena Cielecka, Andrzej Chyra, Maciej Stuhr i Mają Ostaszewska. Trudny spektakl, dawał do myślenia. Nie znam się na teatrze, dlatego oszczędzę wywodów. Podobało mi się.

Potem przyszedł czas na pierwszy koncert. Sorry Boys. Zespół otworzył scenę główną, a w kilku piosenkach wspomogli ich kochana i bardzo zdolna śpiewaczka pieśni kurpiowskich Apolonia Nowak i chór Soul Connection Gospel Group. Bela Komoszyńska tańczyła, żywo skakała po scenie, a zespół zagrał bardzo profesjonalnie.

O 18.30 zaszedłem pod malutką scenę Firestone posłuchać Carsky’ego. Tworzy on elektroniczne dźwięki na światowym poziomie. Słuszne jest tu porównanie go do Martina Garrixa, jakiego dopuściły się dwie znajome spotkane na koncercie. Jego set dawał zastrzyk energii i nakręcał jakąś pozytywną energią. Oby tworzył dalej tak dobrze.

Michael Kiwanuka w scenie namiotowej zgromadził zadziwiająco dużo ludzi. Muzyk ma ogromny talent i dał fenomenalny występ. Jednak w namiocie było tak duszno, że w połowie musiałem wyjść i się położyć na zewnątrz. Następnie poszedłem zająć miejsce na koncert Radiohead. No i posłuchać świetnego koncertu Jamesa Blake’a. Na Open’erowej setliście znalazły się covery i hity. Blake zagrał m.in.Timeless i Retrograde, ale też całkiem nowy kawałek. Podobało mi się to.

Wystałem swoje i przyszedł czas na koncert, na który czekałem dobre 8 lat. Radiohead. Wyszli na scenę punktualnie. Nie miałem żadnych oczekiwań. Co by nie zagrali i tak bym był szczęśliwy. I rzeczywiście. Łezka popłynęła. Oto spełniło się moje marzenie. Jestem na koncercie Radiohead. Zespół zaczął od Daydreaming. Zagrali 24 kawałki, w tym najwięcej (bo 6 – 15 Step, Bodysnatchers, Nudę,Weird Fishes/Arpeggi,All I Need i Reckoner) z mojego ulubionego In Rainbows. Thom Yorke w specyficznym dla siebie stylu między piosenkami nie to zagadywał publikę, no to rozgrzewał się wokalnie. Dużo tych bardziej elektronicznych piosenek na koncertach brzmi trochę inaczej niż na płytach, są przearanżowane żeby się je dało trochę bardziej grać na żywych instrumentach. To wyszło wprost wspaniale. Głos wokalisty brzmiał pewnie i całkiem świeżo zważywszy na długą trasę w jakiej teraz są. Jedyne do czego możnaby się przyczepić to nagłośnienie. Za dużo basu zagłuszało momentami instrumenty.

Koncertu Radiohead, mojego zespołu ulubionego, w mojej top 5, nie zapomnę do końca życia. Przynajmniej mam taką nadzieję. Pierwszy dzień był udany, czas na drugi!