Co z tego, że wtorek, że dzień powszedni, skoro w Krakowie ma miejsce takie wydarzenie?! Właśnie we wtorkowy wieczór przedarłem się przez krakowskie palące słońce i stawiłem się w Klubie Alchemia. Na scenie zagrali tam SALK i Mr. Silla.

Trudno opisać jak wiele emocji wzbudził we mnie koncert mistrzów polskiego i rybiego smutnego tekno. SALK na scenie spisali się znakomicie, dali okazję do potańczenia, pośmiania się i popłakania. Jak wiadomo, nie ma dobrego koncertu bez obsówy, tym razem spowodowanej przez tyci problem o którym krótko opowiem później. Swój koncert zaczęli po 20 od piosenki Alien, a Marcela Rybska popisywała się w niej swoimi umiejętnościami. W tym dobrym kontekście oczywiście. Ale nie, nie. Emocje miały dopiero nadejść. Zaraz potem publiczność usłyszała Mojry przecudnie wybrzdąkane na mojej ulubionej małej gitarce czyli ukulele. Trzecia z kolei piosenka, Latarnik ma jeden z najlepszych tekstów na płycie (chapeau bas, Kamil Kwidziński), a na żywo jest okraszona emocjonującym outro. I tylko jedno nasuwa się na myśl – dlaczego tej wersji nie ma na Matronice?

Z piosenek, które nie znalazły się na albumie, SALK zaprezentował O strachu, czyli piosenkę napisaną do tekstu świetnego krakowskiego poety Dawida Mateusza. Tu z kolei popis dał Mateusz Sarapata urządzając prawdziwy pokaz swojej umiejętności gry na elektronice i przeszkadzajkach. Tą muzyką krakowska grupa oddała prawdziwą definicję „smutnego techno”, które grają. Jest też genialna piosenka Bukoliki autorstwa basisty Michała Sarapaty. Zwraca na siebie uwagę ciut inną strukturą niż większość kompozycji zespołu. Na prowadzenie wysuwa się tu oczywiście gitara, a klawisze stanowią dla niej jedynie tło. Popłakać można było się na dyptyku: Kołysance dla dwóch matek i Śnie Zofii.

IMG_20170620_211419
Publiczność zgromadzona w piwnicy Alchemii bawiła się świetnie. Wszyscy śpiewali, tańczyli, klaskali, aż sama wokalistka nawet wstała z krzesła dwa razy. Zespół stworzył atmosferę przyjaźni i ciepła (i nie mówię tu o temperaturze) i tak po obowiązkowym Dizonaurze wykonanym drugi raz na bis i głośno odśpiewanym przez ludzi zrobili miejsce Mr. Silli.

A Mr. Silla czyli Sigurlaug Gísladóttir na scenie występuje w duecie z mężem. Wokalistka znana szerzej ze współpracy z Múm śpiewała w Krakowie głównie kawałki ze swojego debiutanckiego albumu Mr. Silla. Na płycie znajduje się 9 kompozycji utrzymanych w stylistyce całkiem bliskiej alternatywnemu popowi, z naciskiem na to pierwsze słowo. Są kompozycje smutne i wesołe, jest chilloutowo i jest też piosenka w klimacie Róisín Murphy. Spójna różnorodność.

Taki też był krakowski występ, do którego ciężko się przyczepić. Wszystkie piosenki z solowego debiutu brzmiały tak jak w wersjach studyjnych, co znaczy o pełnym profesjonalizmie tego duetu. Obyło się bez problemów, jedynie przed koncertem Tylerowi Ludwickowi zepsuła się gitara. Na szczęście SALK zadbali o to by koncert się odbył i gitarę zastępczą pożyczyli od znajomego.

Sigurlaug to bardzo wesoła i pozytywna osoba. Na scenie trochę żartowała. A swoim przyjemnych dla ucha islandzkim akcentem ciągle dbała o to by ludzie pod sceną nie nudzili się między piosenkami. Zaśpiewała również trzy piosenki z nowej, nadchodzącej solowej płyty: jedna jest smutna, a dwie już nie tak bardzo. Te numery brzmiały całkiem dobrze i nie mogę doczekać się całości. Pod koniec podziękowała za pożyczenie wspomnianej wyżej gitary i stwierdziła, że wygląda jak jedna Elvisa Presleya. Może to Elvis jest teraz tą gitarą powiedziała. A na bis zaskoczyła… zagrała bowiem cover Rihanny, którą jak się okazało bardzo lubi. Chodzi o piosenkę Stay czyli tę najbardziej nieprzepakowaną efektami, prostą balladę, tym razem przez Sigurlaug zaaranżowaną na gitarę. Wyszło jej to naprawdę dobrze.

Te dwa koncerty to było coś pięknego. Mimo, że był wtorek, klub został tłumnie odwiedzony przez spragnionych dobrej muzyki. I dobrze! Bo ta muzyka była wprost nieziemska. Nikt nie wyszedł z koncertu głodny. Wszystkich nasyciły dźwięki płynące prosto z serducha. I tak powinno być.