Molly Nilsson i Sean Nicholas Savage. Niezwykła dwójka, których solowe występy uświetniły ciepły piątkowy wieczór w krakowskim klubie Betel. Klubie z najmniejszą sceną, jaką w życiu widziałem. Idealną do występów solowych. On pochodzi z Kanady i tworzy kawałki o różnorodnej stylistyce, ciekawym brzmieniu. Ona ze Szwecji i właściwie jest zespołem gdyż wszystko tworzy sobie sama. I robi to bardzo ładnie i profesjonalnie. Czaruje do tego cudnym, melancholijnym wokalem. Ich koncerty odbyły się w ramach Green ZOO Festival.

Jako pierwszy na scenie zaprezentował się Sean Nicholas Savage. On też nie próżnował – na scenę przyszedł wyposażony jedynie w telefon, z którego puszczał podkłady do swoich piosenek. Nie słuchałem zbyt wielu jego kawałków wcześniej, więc nie wiedziałem czego się spodziewać. Czystością swojej barwy muzyk pozytywnie mnie zaskoczył. Miał dość chaotyczną ekspresję sceniczną i podczas koncertu często zachowywał się na niej jak rozproszony psotnik. Widać też, że umie się bawić. Na występ złożyły się głównie piosenki z jego ostatniego albumu. Zaśpiewał również kilka z nowego, który powstał i będzie miał tytuł Last Emperor. Sam wokalista mówił, że to piosenka o władzy, która ma przeminąć. Jeszcze się utrzymuje, ale już wiesz, że niedługo upadnie. Ponadto mówił, że kocha Kraków i publiczność. Wspomniał też, że jak był mały często chodził do kościoła z mamą. Mimo wszystko jest bardzo uduchowiony Przyznał, że lubi kościoły i brakuje mu ich. Najlepsza według niego w kościołach jest cisza. Choć nie wiem czy nie mówił tego z przekorą, bo kilka kawałków później nagle zaśmiał się mówiąc, że jest strasznie pijany. Niezmożenie śpiewał dalej, tak samo ładnie i ekspresyjnie. Śpiewając ostatnią piosenkę delikatnie, acz stanowczo kopnął reflektor, który mu przeszkadzał a potem czule pożegnał się z widownią, a jego koncert był ciekawym odkryciem. To na pewno oryginalny wykonawca, choć nie do końca wpisuje się w moją estetykę brzmieniową i klimaty.

Prześwietlony neonowym światłem Sean Nicholas Savage.

Prześwietlony neonowym światłem Sean Nicholas Savage / fot. Mateusz Stypuła

W krótkiej przerwie między jednym a drugim koncertem na betelkowym podwórku gromadziło się coraz więcej ludzi spragnionych usłyszeć Molly. Dzień koncertu, 26 maja, to również data wydania jej nowej płyty Imaginations. Nilsson bardzo cieszyła się z tego powodu. Na setlistę składały się głównie piosenki z tego albumu. Na żywo można było usłyszeć prawie wszystkie znajdujące się na krążku utwory. Wokalistka niesamowicie dobrze brzmi na żywo. I o ile Sean Nicholas Savage zaśpiewał wyposażony w telefon, Molly Nilsson przechowuje swoje ścieżki na pendrive’ie.

Molly okazała się być niezwykle rozgadaną na scenie. Mniej więcej podczas wykonywania drugiej piosenki zaczął padać deszcz. Wraziła wtedy nadzieję, że nie będzie to przeszkadzać. Pogoda jest piękna. Według niej wszyscy powinniśmy jej wspólnie doświadczać. Dlatego tak bardzo nie lubi klimatyzacji. Klimatyzacje stwarzają sztuczną pogodę. W taki sposób zapowiedziała Money Never Dreams, piosenkę o pogodzie. Pogodzie na pieniądz. W American Express na saksofonie zagrała współlokatorka Molly. Dobrze mieszkać z fajnymi ludźmi. Zapowiadając Let’s Talk About Privileges artystka powiedziała, że mamy tak dużo różnych uprawnień czy przywilejów, a czasem sobie z tego sprawy nie zdajemy. Mountain Time jest piosenką wyrażającą sprzeciw Nilsson wobec ludzi próbujących narzucić komuś własne priorytety czy swój światopogląd. Ludzi mówiących musisz wziąć ślub czy musisz urodzić dziecko. „A co jeśli ktoś nie chce? A co jeśli dla kogoś spełnieniem marzeń jest na przykład domek nad brzegiem morza?” Ludzie powinni mieć wolność wyboru. Nieważne czy jest się heteroseksualnym czy innej orientacji. Fajnie jeśli robi się coś po swojemu.

Molly Nilsson.

Molly Nilsson / fot. Mateusz Stypuła

Niestety nie można było nabyć najnowszego albumu wokalistki. Wszystkie egzemplarze jakie wzięli ze sobą na trasę zostały wyprzedane dzień wcześniej na dużym koncercie w Lipsku w Niemczech. Z Lipskiem jest o tyle ciekawie, że Molly przepraszała publiczność, bo miała kaca po pokoncertowym balowaniu w tymże mieście. Wtedy wódka smakowała niebiańsko. W Krakowie paliła jak w piekle, ale była bardzo dobra, smakowa. Zwykle imprezowała po koncertach w Krakowie, ale wyszło jak wyszło.

Molly dziwi to jak bardzo ludzie mogą nie lubić, nienawidzić świata. Bo przecież świat jest taki piękny, ma nam tyle do zaoferowania. Cieszy się ona też zmianą, która zachodzi w świecie: coraz więcej i częściej zaczyna się szukanie kobiet, które były prekursorkami w czymś, robiły coś pierwsze. Bo niektóre kobiety jeszcze błędnie myślą, że nie mogą czegoś robić, że to nie dla nich, że żadna kobieta tego wcześniej nie robiła. Bo świat i ludzkie myślenie było skonstruowane w ten sposób przez długi, długi czas. Kiedyś, gdy dopiero się muzycznie rozkręcała, ktoś zaoferował jej zagranie koncertu w Polsce. Wtedy nigdy nie grała poza krajem w którym żyła. Zdziwiona stwierdziła  Dobra, skoro ktoś chce żebym zaśpiewała to czemu nie? Przyjechała do Betela i dała koncert przy barze, tam gdzie teraz ktoś siedzi. Mikrofon ustawiono jej na stoliku. Ktoś robił zdjęcia, stała na stołku czy krześle. Po jakimś czasie zobaczyła, że ktoś wrzucił do internetu jej bardzo znany kawałek, taki o który zawsze ludzie proszą na koncertach. Piosenka ta ma na YouTube najwięcej wyświetleń i polubień ile Molly miała albo widziała w życiu bo jakieś 2 miliony co jest astronomiczną liczbą, tym bardziej dla kogoś takiego jak ona, kto nie liczy i nie zwraca uwagi na statystyki. Najpewniej chodziło o I Hope You Die bo na tym portalu wrzucone audio ma właśnie ponad 2 miliony wyświetleń. A najśmieszniejsze dla niej w tym wszystkim jest to, że w tym filmiku widnieje zdjęcie Molly z opisywanego wcześniej koncertu w Betelu.

IMG_20170526_222322

fot. Mateusz Stypuła

Molly Nilsson zakończyła swój występ jej ulubioną piosenką czyli 1995. Życzyła potem ludziom zgromadzonym na koncercie by spełniły się ich wszelkie marzenia, a zaraz po wyjściu z klubu doświadczyli czegoś szalonego, jakichś nocnych zabaw czy przygody, która jest dziwna i pokręcona, ale w taki dobry, odjechany sposób. Bez względu na opisywane wcześniej przygody jej głos brzmiał pięknie, czysto i niezmiennie dobrze. Dała prześwietny koncert. A cały koncertowy dzień w Betelu był bardzo udany. Wyszedłem naładowany dobrą energią. Zgłodniali oryginalnych dokonań muzycznych i osobowości dostali to co chcieli, a wszystko wybrzmiało niezwykle dobrze.