Z Pauliną Millu z kolektywu Miba rozmawiałem o muzyce, krakowskich klubach, procesie twórczym i planach dotyczących ich działalności. Dzień rozmowy zbiegł się prawdopodobnie z rocznicą powstania Miby.

Kolektyw, projekt? Jak Was można nazwać?
Millu: Kolektyw. Często jest tak, że kilka producentów, czy to w Polsce czy w Stanach, działa pod jedną nazwą bo powoduje ona, że mają te same przekonania. Pod nazwą może kryć się również jakaś historia bądź nurt. Albo po prostu te osoby są przyjaciółmi i robią tą wspólną rzecz. Mi jest od Millu, Ba od Balbiny, [Świętek] ale nasz kolektyw łączy w sobie tak naprawdę dużo osób. Teraz dołączył do nas Vegard Veslelia, ale jest jeszcze trochę innych osób z którymi współpracujemy. Miba jest taką otwartą rzeczą do której każdy może dołączyć.

Skąd pomysł na założenie tego kolektywu?
Millu: Ja od dziecka jestem w muzyce. Zaczynałam od śpiewania jazzu. Jk miałam już około 15 lat organizowałam jakieś koncerty w Krakowie. Już wtedy byłam rześka jeśli chodzi o współpracę z jakimiś muzykami. Już wcześniej, jak miałam 13 lat, zaczynałam robić swoje bity. Zawsze bardziej niż słuchać muzyki uwielbiałam występować. Jeszcze za czasów liceum na Kazimierzu [w Krakowie] były różne knajpy i kluby gdzie ta muzyka powstała. Był na przykład taki Dajwór, który już nie istnieje ponieważ go sprzedano. [zamiast tego jest apartamentowiec]. Wszystkie miejsca undergroundowe w Krakowie takie jak np. Klub Fabryka zostają teraz zajęte na potrzebę tworzenia głupich osiedli. Osoby, które grały w tych wielkich klubach których już nie ma, spotykamy teraz w różnych innych miejscach gdzie gramy. To fajne by obserwować ich rozwój bo np. pamiętamy ich jako takie dzieciaki, które przychodziły i podpinały się pod djką. Tam kiedyś koledzy tworzyli muzykę elektroniczną na starych syntezatorach. Od tego tak naprawdę wszystko się zaczęło. Chciałam też tak robić – nie tylko występować, ale robić też jakieś wizuale. A, że Balbina była moją przyjaciółką (poznaną przez wspólną koleżankę) wszystko zaczęło się powoli tworzyć. Ona była strasznie zafascynowana słuchaniem muzyki i wszelkimi nowościami jakie są z tym związane, a mnie bardziej interesowało występowanie.

Czym kierujesz się podczas tworzenia muzyki i co Cię inspiruje?
Millu: Wszystko. Są też takie okresy w życiu kiedy człowiek w ogóle nie ma ochoty robić muzyki. Nie jest w stanie. Chyba, że robi to na zamówienie. Wyznaję taką zasadę, że trzeba mieć „zdrowie mentalne” w porządku i jak to masz to super. Ciężko jest tworzyć muzykę gdy w domu czy w miłości jest coś nie tak. Samo prowadzenie kolektywu jest wtedy spoko. Inspiracji szukam w podróżach. Podróże, podróże i jeszcze raz podróże. Teraz właśnie byłam w Peru. Możliwość wyjechania gdzieś i przez jakiś czas nie dotykania komputera czy jakiegoś tam sprzętu jest bardzo inspirująca. Później wracasz i to samo przychodzi. Po prostu wiem, że to jest to. Często też jest tak, że gdy mam jakieś materiały na kamerach i mam czas, siądę sobie po pracy i myślę nad stworzeniem czegoś. Trzeba mieć pasję. Dużo osób mówi, że im się nie chce, ja jestem, można powiedzieć, pracoholikiem. Zawsze jest też we mnie ta pasja i zawsze wiem, że to będę robić. Wiadomo, są momenty kiedy to przystaje, ale przez większość czasu się temu poświęcam. Natura jest inspirująca. Trzeba też otaczać się fajnymi przyjaciółmi, ludźmi, którzy są w porządku i którym zależy na Tobie. Nie musi to być duże grono osób, ale jak masz takich 2, 3 przyjaciół, którzy Cię tak serio mobilizują, to też jest na pewno inspirujące i fajne.

Jak wygląda praca nad waszymi kawałkami?
Millu: W moim przypadku zaczynam jak mam już tą inspirację, którą wysysam czy to z natury czy z jakichś starych nagrań. Słucham dużo muzyki klasycznej, np. Ennio Morricone i nawet z jego utworów przemycam coś do własnych nagrań. Oczywiście transmituję je przez własny mózg i koniec końców nawet nie można się zorientować, że to właśnie one. Każdy dźwięk który stworzył na przykład Bob Dylan czy mój ukochany Tom Waits, oni też się czymś inspirowali tworząc te dźwięki. Zainspirować może nawet dźwięk zasłyszany w reklamie. Balbina też ma swoje ulubione zespoły czy artystów, którzy są dla niej inspiracją. To nie zawsze słychać. Tworzymy na komputerach. Ja na Abletonie, w przypadku Balbiny to FL Studio. Tam się rodzą wszystkie pomysły. Często nagrywam jakieś dźwięki telefonem czy dyktafonem i później je miksuję. Nie chcę żeby ta muzyka była taka stricte komputerowa tylko elektroniczna, bardziej żywa. Coś jak np. Björk kiedyś nagrywała. Też tak zaczynałam, jako dziecko nie wiedząc co to komputer. Chcąc zrobić muzykę zwyczajnie nagrywałam jakieś dźwięki np. stukanie czy pukanie do drzwi. Teraz mamy cały sprzęt, jesteśmy super wyposażeni. Korzystam też z pianina elektrycznego i jaram się tą techniką. Większe oszczędności od razu wydaję na coś takiego. Choć lubię nie mieć za dużo, by mądrze wykorzystywać to co dostępne. Praca nad numerem czasami wygląda tak, że najpierw wydaje się, że jest spoko, ale później coś dochodzi, później jeszcze coś innego.

Czy kiedykolwiek spotkały was trudności w związku z tym co robicie?
Millu: My generalnie jesteśmy mądre dziewczyny i studiujemy. Ważne, żeby mieć wykształcenie. Z muzyką nigdy nie wiadomo, a współczesny świat wymaga od ludzi wykształcenia. Często jest problem z czasem, żeby to wszystko ze sobą pogodzić. Jesteśmy kobietami więc.. [po chwili zastanowienia] Wszyscy byli dla nas bardzo mili, nawet faceci, ale zdarzało się tak, że jak ktoś widzi tak bardzo młode osoby to automatycznie okazuje im mniej szacunku. Kompletnie tego nie rozumiem bo ja wspieram i szanuję wszystkich. Grałyśmy kiedyś w Krakowie. Organizatorzy nas zaprosili, przesłuchali naszą muzykę i mówili, że jest świetna. A po naszym faktycznym występie ludzie zgromadzeni w klubie mieli dziwne miny, z organizatorami włącznie. Nie wiem z czego to wynika czy z klimatu czy z tego, że coś im się w życiu nie układa, ale w Krakowie często ludzie przekazują te złe emocje. A nie ma nic gorszego niż przekazywanie złych emocji na drugą w zły sposób. Trzeba bardzo szanować artystów przy prowadzeniu własnego klubu. Oni są bardzo ważni, to szamani, którzy swoim występem oddziałują na ludzi. Zawsze podchodzimy do tego co tworzymy mega serio. Miałyśmy dwie bądź trzy sytuacje w których organizatorzy byli sceptycznie nastawieni do naszej muzyki. Często też ludzie boją się czegoś nowego więc starają się w ogóle nie podchodzić w sposób artystyczny. Różne kluby promują się na facebooku w nie wiadomo jaki sposób, a później na miejscu okazuje się, że np. atmosfera jest totalnie wyssana z palca i wolałoby się już grać na ulicy bo tam jest dużo przyjemniej. Problemem jest prawdziwość niektórych ludzi.

Czy były jeszcze inne problemy z reakcjami ludzi?
Millu: Od początku kiedy zaczęłyśmy wypuszczać swoje kawałki, ludzie się o nas podowiadywali i im się spodobało do tego stopnia, że grałyśmy koncert co piątek. Problemy były natury interpersonalnej. Ktoś się bał, widział, że jesteśmy dziewczynami, nie podchodził. Najpierw występowałam w kapeluszu kowbojskim, dalej to robię czasami i ktoś kto się nie zna albo nie interesuje sztuką tylko po prostu zamówił jakieś artystki ma z tym problem. W Krakowie dużo osób nie rozumie też tego, że często jak są Dj-e czy DJ-ki, nie ważna płeć, to grają też swoje kawałki. My grałyśmy tylko swoje, ewentualnie jakieś remiksy. Chcieli kawałków na życzenie, np. Adele. Nie rozumieli, że nasz kolektyw to przede wszystkim kolektyw producencki. Robimy ciuchy, robimy też wizuale. 23 czerwca w Krakowie będę grała przed Noviką, polską DJ-ką. Poproszono mnie bym grała swoje numery bo super to robię, ale często ludzie się mylą. Problemem jest znalezienie miejsca gdzie można grać-w Krakowie jest takich miejsc mało. Chyba, że się stworzy własną imprezę.

Sam jako obserwator sceny muzycznej zauważam takie problemy…
Millu: Jest pewien problem z facetami w Polsce. Jesteś facetem i jesteś super, masz swoją pasję i ją realizujesz. Natomiast dużo jest takich ziomeczków, którzy mają problem jak zobaczą dwie laski zajmujące się DJ-ką. I jeśli one zagrają lepiej, zrobią lepszą imprezę od nich to tylko z tego powodu, że to oni mają niską samoocenę próbują się negatywnie wyżyć na osobach, które tak naprawdę nic im nie zrobiły.

Urażenie męskiej dumy.
Millu: Dokładnie! Bo umówmy się: z natury to facet ma, że tak powiem, rządzić, a kobieta niekoniecznie. Raczej w inny sposób. A my jesteśmy takie wariatki. Ja tańczę na scenie, skakałam z niej. My jesteśmy artystycznymi aniołami. Trochę czasami diabłami i zwierzętami. Podchodzimy do ludzi bardzo otwarcie. Radzenia sobie z rzeczywistością, ze światem, który nie jest do końca takim jakim go się oczekuje nauczyło mnie Peru. No i Vegard, który swoją postawą nauczył mnie jak stawiać czoła problemom. W ogóle współpraca z nim to coś z czego bardzo się cieszę., to moje największe osiągnięcie. Trzeba się nie bać i po prostu robić to co się kocha. Jesteśmy całkowicie świadome, że na imprezę, którą robimy przyjdą jakieś cebulaki, które przyjechali sobie raz do Krakowa. Po prostu nie oceniam ludzi pod kątem płci czy czegoś innego. Nawet tacy wspomniani przyjezdni też są ludźmi, też wiodą normalne życie. Nie obchodzi nas jeśli komuś przeszkadzamy z naszą twórczością jako kobiety. Nie jest aż tak źle w Krakowie. Nie chce mi się walczyć z takimi ludźmi. Można ewentualnie ze sceny im coś powiedzieć. Zauważyłam też, że tu w Polsce, ludzie, którzy nie podróżują mają całkiem inne podejście do życia. Nie są oczytani, wymyślają sobie własną rzeczywistość, która nie jest do końca prawdziwa. Szacunku do ludzi uczy się tak naprawdę przez podróże i przez poznawanie różnych kultur. Później w rozmowie z taką osobą masz inne podejście, ona trochę wyczuwa Twoją aurę i już się zachowuje trochę normalniej. Wydaje mi się, że ludzie z którymi się gada w Krakowie często mówią Ci jakąś nieprawdę, zachowują się jakoś fałszywie i się stresują. Po prostu są strasznie zestresowani tym, że ktoś ich ocenia bo tak byli od dziecka nauczeni. W domu się ocenia, w szkole się ocenia. Nawet w takim klubie się ocenia. Trzeba być dla ludzi ostoją zrozumienia. Taki muzyk trochę jak psycholog, żeby też motywował. My nigdy do nikogo się nie odezwałyśmy negatywnie. Nawet jak ktoś głupio komentował to trzeba się uśmiechnąć i dać kawałek ciasta. To jest klucz do wygrywania.

Czy czujesz, że kolejne udane współprace i miłe słowa zasłyszane od ludzi doceniających waszą muzykę zmieniły Cię w jakiś sposób?
Millu: Jestem zwykłą dziewczyną. Bardzo fajne jest takie podejście gdy jedna osoba mówi do drugiej „Jesteś gruby” a tamta odpowiada, że jest jej z tym dobrze. Kluczem jest samoakceptacja. Trochę to podniosło we mnie poczucie własnej wartości, ale nie jestem żadną damą, czy „ęą”.

Jak Twoim zdaniem wygląda obecnie sytuacja muzyki elektronicznej na świecie i w Polsce?
Millu: To jest bardziej do Balbiny pytanie. Ja od dziecka słucham tych samych artystów czytaj: Erykah Badu, Björk, Sade, Ennio Morricone, Tom Waits i czasami Bob Dylan. Jeśli chodzi o nurty, które zauważyłam, bardzo mi się podoba Grimes. Ona w swoich teledyskach przewija wiele artystycznych motywów i swego rodzaju braku płci. Widzisz artystkę: kobietę, ale przede wszystkim artystkę. I to jest najfajniejsze w tym wszystkim. Na pewno sprzęt jest coraz lepszy i coraz bardziej dostępny dla ludzi, szczególnie w Polsce. Zauważyłam też, że jak ludzie powracają do starych aparatów, tak samo do starych syntezatorów. Cieszę się, że technika idzie do przodu z jakością dźwięku na przedzie. Najlepiej by było gdyby każdy w domu miał dobry sprzęt, głośniki itp. Słuchanie muzyki z laptopa to kiepskie rozwiązanie. Ludzie ściągający muzykę tylko z YouTube’a naprawdę psują sobie słuch. Mastering i realizacja idą na marne bo jak słuchasz czegoś z internetu to dźwięk jest w jakiś sposób zniszczony. Nie mówię od razu żeby tylko kupować płyty. Trzeba ściągać z głową. Spotify to również świetna opcja. Dla artystów tak samo, bo można też tam wrzucać nawet nie mając podpisanej umowy z wytwórnią. Planujemy zacząć wrzucanie swojej muzyki od lipca. Nie ma chorych opłat. Zachęcam też wszystkich słuchaczy do kupowania dobrych słuchawek.

A zarobki?
Millu: Gdy rozmawiałam z Chrisem Travisem, który ma jakieś kilka milionów wyświetleń na youtubie, on i jego producent mówili „Fuck views!”. To nic nie znaczy. Najlepsze kawałki tam mają 4 wyświetlenia. W Polsce na tym nie zarobisz. W internecie nie zarobisz nic, trzeba to sobie wybić z głowy. To kwestia poznawania ludzi. Nie można się nastawiać na zysk. Mi też przed Noviką zaproponowano jakieś kwoty, ale mi na tym w ogóle nie zależy. Poznaliśmy w Peru takich młodych chłopaków, którzy ryzykują życie chodząc po zboczach i grają w autobusach. Nawet widziałam rapujących kolesi chodzących z jakimś dyskiem i tam wszyscy, nawet jakieś babcie, rzucali im pieniądze pod nogi. Dużo też w Krakowie klubów jest prowadzonych pod czysty zarobek, bo wiadomo – z czegoś trzeba żyć. My z Mibą w ogóle nie chciałyśmy pieniędzy za nasze występy. Bardziej byłyśmy nastawione na walory artystyczne. W przyszłym tygodniu wypuszczamy w końcu własne koszulki. Strasznie się z tego cieszę. Ale wiadomo – część ludzi pomyśli, że robimy to pod pieniądz, ale tak naprawdę to są marne grosze i nie jest to istotą tej inicjatywy. Mamy kolektyw, poznajemy ludzi, poznajemy artystów. Może mamy jakieś dziwne podejście do tego? Może z Balbiną jesteśmy jedynymi Djkami w Krakowie, które nie robią tego dla pieniędzy [śmiech]. Tak też powstała Miba – nie z braku kasy, tylko z prawdziwej pasji do muzy chociaż może to brzmieć banalnie. Szkoda robienia takiej muzyki tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Nie chodzi też o to, żeby nie zarabiać w ogóle, ale żeby promować swoje rzeczy. Z pasji, z miłości do muzyki. Rób swoje, miej swój świat, swój klimat. Nie ma nic gorszego niż ludzie, którzy bardziej się promują niż Tworzą. A to tworzenie jest nad promowanie.

Planujecie wydać jakąś płytę?
Millu: Jak najbardziej. Oczywiście wydamy sobie ją same i zrobimy bo nas na to stać dzięki ciężkiej pracy. Póki co wypuszczamy za tydzień koszulki, nasza muzyka jest w internecie. Płyta to coś fajnego, można jej dotknąć i zostaje na zawsze. Do końca czerwca Balbina jest nieaktywna [ze względu na studia]. Potem będziemy się naradzać czy wyjeżdżamy gdzieś i szukamy inspiracji czy wydajemy płytę. Mogłybyśmy się nawet pod jakąś polską wytwórnię podpiąć. Wszystko to będzie raczej bardzo przemyślane i zaplanowane. Na razie jest dobrze jak jest. Cieszę się z tego, że jestem „fortune”. Mam przyszywanego wujka Syryjczyka. Z rodziną mieszka teraz w Syrii i nie może z kraju wyjechać. Niedawno zadzwonił, że 20 metrów obok ich domu ktoś sobie zdecydował zrzucić bombę. I tacy ludzie nie myślą „O, mam kolektyw” czy „O, teraz sobie wrzucę fotę na instagram” tylko biorą swoje rzeczy i uciekają mieszkać w innym miejscu, systematycznie się przenosząc. Ludzie narzekający na Polskę, na „szary” Kraków nie widzą tego jak wiele mają szczęścia żyć tam gdzie żyją. Albo ktoś słucha sobie naszej muzyki i myśli „Hej takie laski to zrobiły? Hej one są takie młode? Hej, to może ja też mogę tak robić!”. Nie ma tu chwili na jakiekolwiek zatrzymanie się. Po prostu trzeba działać. Każdy ma dużo obowiązków, ale jeśli coś jest Twoją prawdziwą pasją to zawsze na to znajdziesz czas. To jak oddychanie. Masz już swoje dziecko, takie coś swojego, więc o nie dbasz. Nie, że nie karmisz go przez tydzień [śmiech]. Jak powiedział mój kolega Hatif „Trzeba mieć zajawkę”. I wszystko trzeba robić krok po kroku, pomału. Wiem, że jak mam osiągnąć sukces to i tak go osiągnę. I przede wszystkim trzeba się słuchać innych ludzi, metod promocji. Człowiek posłucha kogoś komu się udało i wyciągnie wnioski. My się nie zamykamy na inne opinie. Płyta to jest płyta. Dla słuchaczy współczesnych płyta to już nic ciekawego. Bardziej od płyty chciałabym winyl. Winyl Miby. To by było coś.