Dwadzieścia dwa lata – tyle czasu dzieli najnowsze wydawnictwo zespołu Slowdive od ich poprzedniego albumu Pygmalion. Ich trzy wcześniejsze płyty zdążyły wychować całe pokolenie fanów. I nagle zespół ogłosił, że wraca do koncertowania i pracuje nad nowym materiałem. Album, który powstał nazywa się po prostu Slowdive i jest… nieziemski.

Osiem piosenek znajdujących się na krążku to kwintesencja brzmienia zespołu i tego co w nim najlepsze, co od początku najbardziej urzekało w ich twórczości. To wokale ginące w morzu dźwięków i cudnych hałasów. Piosenki znajdujące się na tej płycie wywołują niesamowite emocje swoim brzmieniem. I o to właśnie chodzi w tym rodzaju muzyki: o emocje. No, i może jeszcze o hałas.

Otwierający album Slomo to powoli rozwijająca się, niemal siedmiominutowa kompozycja. Spokojne dźwięki gitary wprowadzają w atmosferę błogiej melancholii. Gdy do głosu dochodzą Neal Halstead i Rachel Goswell, można odnieść wrażenie, że czas się zatrzymał. Albo czas sprzyja grupie. Slowdive bowiem, swoim brzmieniem nie postarzał się nawet o dzień. Choć nie dominują już tu eksperymenty poczynane przez zespół na wydanym w 1995 roku albumie Pygmalion Trzon brzmienia płyty Slowdive stanowią dźwięki przywodzące na myśl Souvlaki wzbogacone dzisiejszą techniką produkcyjną i kunsztem muzyków. Trzeba przyznać, że to album do pewnego stopnia dopieszczony, zostawiając jednak dozę surowości bardzo charakterystyczną dla tego typu muzyki. Wspaniała produkcja i nagranie płyty, zgranie całego zespołu i to jak dobrze płyta brzmi, robią swoje gdy już się wypłynie z morza melancholii, wychynie z introwertycznego pogrążenia w emocjach.

Singlowe Star Roving to przykład tego jak pięknie można połączyć nowe ze starym i znanym. Nie dziwne, że właśnie tę piosenkę wybrano jako pierwszą zapowiedź powrotu grupy – nowoczesne, bardziej alternatywno-rockowe podejście do grania łączy się tam z shoegaze’owym klimatem, który tak łatwo rozpoznać po wspomnianych już wyżej czynnikach. To również żywy, niosący ze sobą pewną dozę energii utwór, idealnie pasujący jako ten come-backowy. W następnym kawałku Slowdive jednak nie zwalnia. Don’t Know Why rozpoczyna się bardzo charakterystycznym zarówno rytmem perkusji, jak i pięknym i delikatnym dźwiękiem gitary. Gdy do głosu dochodzi jeszcze Rachel Gosswell (potem Neal Halstead), a melodyjny refren uderza nieprzytłaczającą (sic!) ścianą dźwięku – kosmos. Wypuszczone jako drugi singiel Sugar for the Pill również zapada w pamięć za sprawą swej melodyjności i gitary basowej. Tak ważny dla brzmienia każdego zespołu instrument wyróżnia się też w następnym Everyone Knows robiąc cudny hałas razem z gitarami.

Prawdziwego ducha albumu Souvlaki słychać w genialnym No Longer Making Time śpiewanym głównie przez wokalistę. Trwający prawie 6 minut utwór rozpoczyna się spokojnie by potem w refrenie uderzyć ze zdwojoną siłą i powalić na łopatki. Na więcej eksperymentów zespół pozwolił sobie w świetnym kawałku Go Get It gdzie zaraz na początku zaskakuje przesterowany bas, a sam refren, śpiewany zarówno przez wokalistkę jak i wokalistę, przywołuje na myśl post-rock i klimaty tego gatunku. Płytę zamyka Falling Ashes – piosenka, w której melodia grana na klawiszach do złudzenia przypomina Daydreaming Radiohead. Jest to na tyle ciekawe i słyszalne, że znający utwór radiogłowych mogą spokojnie zanucić słowa jego pierwszej zwrotki. Jednocześnie nie jest to aż tak bardzo charakterystyczne, żeby można było mówić o naruszeniu praw autorskich. Bardziej prawdopodobnym jest luźna inspiracja bądź niewiedza któregoś z muzyków odpowiedzialnego za skomponowanie tego utworu. Tym bardziej, że linią wokalną i późniejszymi wstawkami instrumentalnymi, skojarzenia zaczynają odbiegać od wspomnianej piosenki.

Odrzucając na bok wszelkie wątpliwości, trzeba stwierdzić, że Slowdive powrócił z pompą. To triumfalny powrót po latach. Na ich najnowszym krążku znajdują się utwory, które można wpisać w katalog najważniejszych dokonań grupy. Slowdive to album świetnie zgrany i wyprodukowany. Wszędzie na tym albumie słychać profesjonalizm i doświadczenie. Zespół pokazał, że potrafią i mam nadzieję, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa w kontekście nagrywania.