O muzyce, pracy nad płytą, inspiracjach, ulubionych filmach i grach komputerowych rozmawiam z częścią zespołu Badyle: wokalistą Marcinem Świętoniem i akordeonistą Grzegorzem Jurczykiem. Zespół ten, grający alternatywnie i gitarowo, z pasją prezentuje co siedzi w głowach i sercach. Wszystko działo się na wietrze w czekających na maj Katowicach.

Pamiętacie moment w życiu w którym tak naprawdę poczuliście, że kochacie muzykę?
Grzegorz Jurczyk: Ja miałem około 8 lat. Dostałem wtedy pierwszy klawisz. Był to keyboard Casio na którym swego czasu pogrywali mój tata i siostra. Zacząłem sobie na nim grać, tak dla zabawy, to co słyszałem ze słuchu. Bardzo mi się wtedy podobało to, że gram nie wiem za bardzo co, ale w miarę pasuje do tych melodii, które usłyszałem. Od tamtego momentu już wiedziałem, że mi się to podoba, a później siostra poleciła mamie, żeby mnie zapisać do szkoły muzycznej i poszliśmy w trójkę.
Marcin Świętoń: Nie wiem czy pokochałem muzykę (śmiech). Jak zacząłem coś tam tworzyć i bardziej w tym siedzieć, po prostu zaczęło mnie to w jakiś sposób bawić. Jakieś tam pierwsze utwory, które sam sobie robiłem przy akompaniamencie gitary można uznać za początek.

Kiedy pojawił się pomysł na założenie zespołu?
Marcin: W drugiej klasie liceum. Chodziłem z Grześkiem do jednej klasy, tam jeszcze był Przemek i Paweł, którzy też tworzyli na początku ten zespół. Wojtek razem z Marcinem, który wtedy u nas grał na perkusji chodzili do innej klasy z tego samego rocznika. Zebraliśmy się i zaczęliśmy robić tę muzykę.
Grzegorz: Myślę, że takim punktem zapalnym był „dzień europejski” na który trzeba było przygotować jakiś set muzyczny. Służyło to zaprezentowaniu tak zwanych kultur muzycznych. Pozbieraliśmy się w trójkę – ja, Marcin i nasz ówczesny klawiszowiec Paweł – i przedstawiliśmy tam półgodzinny set. Wyszło to na tyle fajnie, że stwierdziliśmy iż możemy grać jako zespół.
Marcin: Ale to był zupełnie inny zespół niż to co jest teraz. Zarówno pod względem składu jak i muzyki.

Rozminęliście się?
Marcin: Uporządkowaliśmy się.
Grzegorz: Z tych pomysłów i z różnych fascynacji muzycznych staramy się iść w jakąś jedną stronę, która się teraz, powiedzmy, klaruje choć nie wiadomo co to będzie. Wydaje mi się, że wiemy czego nie chcemy grać dzisiaj. Wcześniej to było, jak zawsze na początku. Nie ma pomysłów, więc się gra po prostu żeby grać.
Marcin: To jest ciekawe, bo jakieś 3 lata temu myślałem, że to będzie zespół folkowy. Tak to wyglądało mniej więcej wtedy pod względem instrumentów, które mieliśmy i pod względem muzyki, którą tworzyliśmy.

Czy któryś z was odebrał albo odbiera wykształcenie muzyczne?
Grzegorz: Tak, ja już je odebrałem. Najpierw skończyłem dwa stopnie szkoły, czyli 12 lat edukacji. Potem poszedłem na studia muzyczne na kompozycję do Katowic. Ukończyłem ją dwa lata temu. Rok temu zdawałem na doktorat, ale mnie nie przyjęli i nie wiem czy będę próbował dalej.

Jak to wpływa na pracę zespołu?
Grzegorz: Raz na pewno, że potrafię grać na akordeonie. Nie jest to tak powszechny instrument. Chociaż do tego studia nie były potrzebne bo byłem po szkole. Nie studiowałem dalej instrumentu i to mi wystarczyło. Wydaje mi się, że nie wpływa to w żaden sposób ponieważ ja tych utworów nie komponuję mimo że skończyłem taki kierunek. Aranżujemy wszyscy razem więc na pewno wiedza i doświadczenie się przydaje, ale nie jest ono najważniejsze. Po prostu wiem co my robimy, potrafię to nazwać.
Marcin: Mówi mi cały czas, że mam gitarę rozstrojoną. Takie efekty z tego.
Grzegorz: Może słyszę więcej i to jest plus tego wszystkiego.

Polegacie na przypływach weny i spontaniczności?
Marcin: Głównie na tym. Reszta: aranżowanie i rozłożenie tego na cały zespół to raczej wspólna praca. Ciężko, żeby wszyscy naraz mieli wenę.
Grzegorz: Na pewno jest to istotne i się sprawdza, że czasem potrafimy zrobić szybko piosenkę bo jest jakiś fajny czas na próbie. Nie wiem z czego on wynika. Bywa też tak, że męczymy się nad jednym fragmentem czy całą piosenką przez kilka prób i każdy wie, że nic z tego dzisiaj nie będzie. Czy to jest wena? To zwyczajnie jakiś czas. Raz się to szybciej robi, raz wolniej. Natomiast podejrzewam, idąc za słowami Marcina, że przy tworzeniu wszystko się zaczyna od niego to pewnie jest w tym jakaś wena.
Marcin: Tak jak mówiłem, podczas tworzenia głównie liczy się ten moment kiedy jest ta moc do skończenia piosenki. Mam mnóstwo połówek piosenek, ich części, ćwiartek. To strasznie frustrujące jak te elementy sobie tak wiszą. Nadchodzi taki moment, że nagle da się coś z tym zrobić. Najgorzej jak wyciągam kartki z zapisanymi fragmentami, kładę je na stół, patrzę na nie i.. dalej nic (śmiech).

Wasza płyta „1.45”spodobała mi się tak bardzo, że umieściłem ją na 4 miejscu rankingu „Top 10 albumów muzycznych 2016”.
Marcin: Widzieliśmy! Dziękujemy, to było bardzo miłe.

Jak wspominacie jej nagrywanie?
Grzegorz: To był bardzo szaleńczy i męczący czas. Mieliśmy na to tylko dwa dni i nie nastawialiśmy się na taką ilość piosenek jaka wyszła ostatecznie.
Marcin: Mieliśmy przygotowane z zamiarem nagrania nawet jedną piosenkę więcej niż to co jest na płycie.
Grzegorz: Nikt z nas nie liczył, że się to uda, bo było krucho z czasem. Spieszyliśmy się. Dodatkowo nie było mnie przy realizacji części nagrań.
Marcin: Najmniej, że to się uda wierzył nasz realizator (śmiech).
Grzegorz: Na szczęście udało się i dzisiaj osobiście wspominam ten czas jako coś fajnego, twórczego i pozytywnie męczącego. W końcu zawarliśmy na płycie 11 piosenek.
Marcin: Super było właśnie to, że zrobiliśmy wszystko w dwa dni. Pierwszego dnia nagraliśmy wszystkie instrumenty, drugi dzień spędziliśmy na nagrywaniu wokali i klawiszy. Robiliśmy wtedy też wszelkie dogrywki.
Grzegorz: Przyjechała jeszcze z nami wokalistka i klawiszowiec Łukasz, który nagrał klawisze do dwóch piosenek i Weronika, która robiła do dwóch piosenek fragmenty wokali.

Czy praca nad płytą, podczas tworzenia i w studio, dostarczyła wam jakichkolwiek problemów?
Marcin: Na miejscu [w studiu] wszystko poszło bardzo sprawnie.
Grzegorz: Potem jak już wszystko było przygotowane do nagrania, wszystko poszło zaskakująco szybko. Gdy na drugi dzień pojawiłem się w studio, chłopaki mieli nagrane już wokale i gitary. Wokalistka i klawiszowiec również dosyć sprawnie nagrali swoje partie. Jasne, że było to męczące, ale większych problemów czy przerw nie było.
Marcin: Jeśli chodzi o tworzenie materiału to powstawał on tak naprawdę kilka dobrych lat, ale nie tworzyliśmy go z myślą o tej płycie. Niektóre utwory wzięliśmy jeszcze z 2011 czy 2012 roku.
Grzegorz: Od powstania do nagrywania to bardzo różny przedział piosenek, ale chcieliśmy, żeby nie był on przypadkowy.
Marcin: Wybraliśmy akurat te, które jakoś ze sobą korespondowały.
Grzegorz: Korespondowały i dopełniały tę historię.

No tak. To jest historia i album tworzy spójną całość.
Marcin: Cieszę się, że to jest tak odbierane. Natomiast, szczerze mówiąc, to nie było tak, że piosenki były pisane pod historię. To raczej my poukładaliśmy je, żeby to tak wyglądało. Utwór na ostatniej części płyty, „1.45” bezpośrednio koresponduje z „Żądałem powrotu do prozy”. Staraliśmy się to tak poukładać by wszystko miało jakiś początek i zakończenie.

Kto wpadł na pomysł takiej, a nie innej okładki?
Marcin: Beata Kolarczyk. Powierzyliśmy jej to zadanie w stu procentach. Ona przedstawiła nam 4 projekty i wspólnie wybraliśmy właśnie ten, sugerując tylko parę przeróbek.
Grzegorz: Była jedyną osobą, o której wiedzieliśmy, że jest z ASP i czymś takim się zajmuje, więc nie było za dużo problemów z wyborem. A potem przedstawiła nam swoje projekty i się nam spodobały. To w całości jej zasługa.
Marcin: Na początku pojawił się pomysł by na okładkę trafił rzut na Kobierzyn z lotu ptaka. To stare zdjęcie dostępne w internecie, jeszcze z czasów powojennych [dokładniej z lat 30. XX wieku]. Wojtek stwierdził jednak, że to za bardzo przypomina obozy koncentracyjne.

Marcin, opowiadasz świetne historie. Czy ich pisanie przychodzi Ci z trudem?
Marcin: Tak. Nie wiem czy na tej płycie jest tak dużo historii. Jeżeli już wpadnę na jakąś historię i mam ją poukładaną w głowie, tekst powstaje dosyć szybko. Najgorsze są te piosenki, które faktycznie nie opowiadają żadnych historii, albo opowiadają je pobieżnie, a bardziej skupiają się na tym żeby słowa ładnie się ze sobą zgrywały. Wtedy powstają te fragmenciki, z którymi trzeba się długo męczyć. Na płycie znajduje się taki utwór jak Kobierzyn. Powstał on bardzo szybko. W nagranej wersji piosenka ma 5 zwrotek, a na samym początku było ich chyba 8. Okroiłem ją bo nie chciałem by ta historia była za nudna czy za długa. Napisałem tekst pod wpływem impulsu po wizycie w Kobierzynie, szpitalu psychiatrycznym pod Krakowem.

Czy wizyta w tym miejscu zrobiła na Tobie aż tak wielkie wrażenie?
Marcin: Tak, i nie chodzi tu nawet o samo wejście do środka na izbę tylko całe to miejsce, razem z parkiem. Poruszyło mnie to bardzo. Tak powstał tekst.

Czy dobrze rozumiem, że teksty piosenek mówią o zmęczeniu życiem?
Marcin: Gdy czytałem to w Twojej recenzji poczułem się jakbym miał 50 lat (śmiech).
Grzegorz: Taki młody chłopak…
Marcin: Nie mogę być jeszcze zmęczony! Teksty na tej płycie bardziej traktują o lękach. Sporo jest też tam o alkoholu, nie jako o fajnym składniku do zabawy tylko wręcz przeciwnie. I o stanach poalkoholowych. O śniegu jest też dużo. Lubię śnieg i lubię o nim pisać.

Co w śniegu Cię tak przyciąga?
Marcin: Biel! Mi się bardzo podoba ta pora roku kiedy wszystko wtedy jest zakryte śniegiem. Całe szczęście ostatnia zima taka była. Wszystko nagle staje się czyste. Bardzo bym chciał odwiedzić Svalbard [norweską prowincję w Arktyce]. Tam gdzie nie spojrzysz masz biel, tylko trzeba też trafić na dobrą porę roku. Występują tam wszystkie zjawiska nocy polarnych. Zorze polarne, noce polarne, niedźwiedzie polarne. Wszystko tam jest polarne.

Czy teksty są w jakiś sposób autobiograficzne?
Marcin: Wejście płyty [chodzi o piosenkę Szczerze wątpię, czy to wszystko dzieje się naprawdę] na pewno jest autobiograficzne. To jeden z tych utworów, które powstały lata temu. Miałem wtedy, bodajże, 19 lat. Dosłownie przedstawia obraz mieszkania moich rodziców. Od wejścia do niego można sobie tą piosenką pozwiedzać ich duży pokój. Jest jeszcze taki utwór Leć. Mieszkałem na 6 piętrze i strasznie się bałem okien. Nie bałem się balkonów, bo na balkonie można było stać, ale spałem pod oknem i codziennie widziałem świecące się latarnie, a czasami gwiazdy. To opis tego co widziałem i co mi się w głowie rodziło.

Na czym polega schematyczność muzyki w dzisiejszych czasach?
Marcin: Na przewidywalności. Słuchasz sobie radia, leci jakaś piosenka, a Ty wiesz co za chwilę się z nim stanie bo przypuszczasz, że będzie taka zmiana i to się po prostu dzieje. I prawda jest taka, że te utwory zyskują największą popularność.
Grzegorz: Wiadomo, nie ma co generalizować. Dla mnie problem leży w barwie. Większość hitów, które się dzisiaj najlepiej sprzedają produkcyjnie brzmi tak samo. Jedna barwa, jeden producent, jeden program, jedne dźwięki. O aspekcie harmonicznym nawet już nie wspominając, bo jest bardzo powtarzalny. Ten sam beat, to samo tło, te same instrumenty. Widać do tego, że to jest produkowane w większości w komputerze. Ale się sprzedaje. To jest chyba taki znak czasów.

Skąd pomysł na wplecenie w piosenkę Co jest a co nie? fragmentu książki Mirosława Nahacza Bocian i Lola?
Marcin: Bardzo mi się ta książka spodobała. To ciekawa piosenka bo wzięta z zupełnie innego materiału. Kiedyś ułożyłem sobie taką historię, do której komponowałem piosenki. Opowiadała o psie, który spał zimą. Marzył on sobie o takiej Jelizawietce. To była jedna z piosenek z tego materiału, ale przyjęła się w Badylach bardzo dobrze. Książkę Nahacza czytałem trzy razy. Potem sięgnąłem po inne książki tego autora, ale już mnie tak nie zachwyciły. Od zawsze pociągało mnie w literaturze przeplatanie się rzeczywistości ze stanem sennym gdzie nie do końca wiadomo co jest czym. A w tej książce jest tego pełno. Fragment wykorzystany w Co jest, a co nie? to wstęp do tej książki, jeszcze przed wszystkimi historiami: pieśń łemkowska. Autor podaje, że ją przetłumaczył, ale nie wiem czy ta pieśń w rzeczywistości istniała. Podejrzewam, że sobie ją zwyczajnie wymyślił.

Spore wrażenie robi też tekst do piosenki tytułowej. Powiesz coś więcej na jego temat?
Marcin: Ta piosenka powstała po rozmowie z pewnym znajomym na temat jakiegoś filmu biograficznego, nie pamiętam już jakiego, który był wtedy puszczany w kinach. Wyciągnął on wtedy interesującą konkluzję. Całe życie człowieka, jeżeli jest ciekawe – bo jeżeli nie jest ciekawe to w ogóle nie robią o takiej osobie filmów biograficznych – można zawrzeć w filmie, który trwa niewiele ponad półtorej godziny. Wspomniany film trwał dokładnie godzinę i 45 minut. O tym głównie opowiada pierwsza część tekstu. Druga część to podróż do miejsca, w którym spędzałem sporą część dzieciństwa. Moi rodzice kupili sobie domek na wsi w Podkarpaciu i wyobraziłem sobie, że reszta historii rozgrywa się właśnie tam. A potem akcja przenosi się do ostatniej piosenki i pożaru.

Co w piosenkach najbardziej przykuwa waszą uwagę?
Grzegorz: Dla mnie bardzo ważny jest aspekt harmoniczny. Gdy sam próbuję coś skomponować, cały czas go badam. Wiadomo, że już praktycznie wszystko zostało już dzisiaj wymyślone, ale uważam, że z wymyślonych już rzeczy można tych harmonii wiele wydobyć. Jeśli chodzi o Badyle, raz ta harmonia jest bardziej wyszukana, raz mniej. W obu przypadkach nie jest to ani lepsze ani gorsze bo nawet na bazie prostej harmonii można wybudować coś co się jeszcze obroni drugim ważnym aspektem czyli melodią. Mamy taki Kobierzyn, który nawarstwia wiele dosyć niepospolitych akordów, nie z jednej tonacji lecz oscylujących gdzieś wokół tej głównej. Na przykład piosenka Śnieg, która nie znalazła się na płycie tylko została wydana jako singiel, generalnie jest przez niemal 5 minut oparta na dwóch akordach.
Marcin: Ja się skupiam na emocjach. W zupełności rozumiem to, że ktoś może być poruszony nawet najprostszą popową piosenką. W związku z tymi utworami, które poruszają, a które nie, nawarstwia się wiele rzeczy. To się może wiązać z Twoimi wspomnieniami, jak to się odnosi do Twojego życia.
Grzegorz: Z jakimś wyjątkowym czasem w Twoim życiu kiedy tego słuchałeś.
Marcin: Tak. I to może być największe gówno, ale w Twoim mózgu pozostaje jako jakieś wspaniałe wspomnienie. Drugą sprawą jest to zaskoczenie, które czasami jeszcze w tej muzyce jest.

Jakie są wasze inspiracje muzyczne?
Grzegorz: Moje pomysły akordeonowe w Badylach prawdopodobnie biorą się z jakichś doświadczeń muzycznych. Głównie słucham muzyki instrumentalnej. Bardzo lubię minimalizm, ten z Ameryki. Mam tu na myśli same początki: Steve Reich, Philip Glass, i Terry Riley. Potem też spadkobiercy tego ruchu czyli w dużej mierze John Adams. Poznałem tę muzykę na studiach. Bardzo mnie zafascynowała. Cały czas jej słucham, zgłębiam i wykorzystuję gdzieś w swoich utworach. Wydaje mi się, że mimo wszystko w Badylach też. Minimalizm to nie tylko jeden dźwięk, jak się niekiedy zakłada. To jest coś więcej. Wbrew pozorom to musi być bardzo przemyślana forma. Oprócz tego słucham bardzo dużo muzyki filmowej, którą uwielbiam. Staram się wybierać twórców i filmy, które mnie dzisiaj bardzo fascynują. Jeśli chodzi o kompozytorów to Henryk Mikołaj Górecki. Lubię też Wojciecha Kilara. Jóhann Jóhannsson to świetny kompozytor filmowy. Robi cały czas muzykę do filmów Denisa Villneuve’a. Jest odkryciem paru ostatnich lat. W muzyce filmowej kryją się wszystkie gatunki muzyczne. Stąd ja, który się też tym pasjonuję, staram się ją zgłębiać. Poza tym ostatnio się jazzem zajmuję. Lubię sobie o nim czytać i go słuchać. Za to totalnie nie znam się na rocku (śmiech). Muzyka rockowa, popowa, heavymetalowa – kompletnie nie moje kierunki. Marcin mi kiedyś Radiohead podrzucił, to jeszcze lubię Radiohead. I Beirut, też fajny.
Marcin: To jest to, że z Grześkiem się gada o muzyce i on nic nie wie. Naprawdę. Jak ja mu musiałem przedstawiać Radiohead, to o czymś już to świadczy (śmiech). I ten człowiek gra z nami w zespole.
Grzegorz: Jestem do niczego…
Marcin: Każdy w zespole ma jakieś inne źródło inspiracji. Dla mnie na przykład od dłuższego czasu jest nią Mount Eerie [projekt Phila Elveruma, który sobie dobiera muzyków sesyjnych]. Jeżeli chodzi o tworzenie piosenek jako zjawisko piosenka, to dla mnie jest mistrzem. Potrafi ułożyć bardzo wzruszające rzeczy, a w tym samym czasie zrobić z tego coś naprawdę alternatywnego. On potrafi w to włożyć bardzo dużo dziwnych dźwięków. Kiedyś oglądałem z nim taki wywiad w którym powiedział, że w każdy swój kawałek wkłada przesterowany bas (śmiech). Na pewno ma swój styl, tyle, że on cały czas ewoluuje. Mimo wszystko trzonem każdego jego projektu jest sama forma piosenki. To jest coś co mnie zawsze pociągało. Dużo jeszcze słuchałem Modest Mouse i myślałem, że to będzie mój zespół, taki który zawsze będę kochał, ale ostatnio coraz mniej. Bardzo lubię Xiu Xiu. Ostatnio byłem na koncercie w Krakowie. To dla mnie też jest zjawisko tak emocjonalne, że ciężko zrobić coś bardziej poruszającego. Ich ostatnia płyta według mnie jest genialna.

Czy to jakiej muzyki słuchacie wpływa na brzmienie waszego zespołu?
Marcin: Niektóre utwory tworzę inspirując się tymi rzeczami, których słucham i potem tak sobie myślę kurde, nie.. to za bardzo przypomina to [klaska wyliczając], przypomina to, przypomina to, ale potem przynoszę to na próbę, ogrywam to z gośćmi, którzy zupełnie nie znają tych utworów…
Grzegorz: Ja szczególnie, naprawdę.
Marcin: …i wychodzi coś co nawet w najmniejszym stopniu nie przypomina tych inspiracji. Kobierzyn, na przykład, układałem sugerując się utworem House Shape Mount Eerie. Bardziej chodziło tam o takie pulsowanie. I tego pulsowania chyba nie mamy w tym utworze, więc nie zostało tak naprawdę nic z tej inspiracji.
Grzegorz: Został niepokojący dźwięk akordeonu.

Gdybyście mieli wybrać zespół bądź muzyka z którym moglibyście wystąpić, kto by to był?
Marcin: No, ale już graliśmy z Radiovidmo! (śmiech).
Grzegorz: Poznałem ich chyba jako ostatni z zespołu. Bardzo weseli i fajni ludzie. Ich muzykę poznałem późno. W sumie byłem na dwóch koncertach, ale zawsze uważam, że kompozycyjnie i aranżacyjnie wypadają świetnie. No i bardzo charakterny wokal.
Marcin: Nie mam jakiejś takiej potrzeby grania z kimś tam. Chciałbym po prostu grać rzeczy ze swoim zespołem. Tylko, żeby ludzie na to przychodzili (śmiech). Wszystko mi jedno czy będziemy supportować Queen czy Ich Troje…
Grzegorz: Czy Sylwię Grzeszczak. Albo z NOSPR-em koncert zagrać. Kiedyś fajnie by było z orkiestrą wystąpić. [Po chwili zastanowienia] nie.. źle by to brzmiało.
Marcin: Okropnie by to brzmiało.
Grzegorz: Badyle symfonicznie. Fuj! Ale by było śmiesznie.
Marcin: Fuj! Fuj!

Jaki jest wasz sposób na ucieczkę od stresu bądź na odpoczynek?
Grzegorz: Kino, sauna, pływanie.
Marcin: Ja też sobie lubię do kinka pójść. Ostatnio do gier komputerowych wróciłem. Jest taka gra To the Moon, jedna z moich inspiracji do tworzenia piosenek. To niesamowite, że gra potrafiła wzruszyć mnie bardziej niż większość filmów czy książek. Przepiękna historia tam jest. Wątek z niej zawarłem w Leć.

Podajcie piosenki, które są dla was w jakiś sposób ważne.
Grzegorz: Ja mało piosenek słucham. Radiohead – How to Dissapear Completely to jest świetna piosenka. [obok Marcin zaczyna nucić]. Pink Floyd High Hopes bardzo lubię. Czas, który pozostał i Syreny Artura Rojka. Bardzo lubię tę płytę.
Marcin: Ciężko mi wybrać taką piosenkę czy piosenki. Jak mam fazę na jedną to potrafię jej słuchać długo, ale wrócić do niej po jakimś czasie i dalej być nią tak samo zachwyconym to już jest ciężko. Lost Wisdom wspomnianego już zespołu Mount Eerie to jest coś co mnie będzie prowadziło jeszcze bardzo długo.

Oderwijmy się na chwilę od muzyki. Jakie filmy robią na was wrażenie?
Grzegorz: Temat rzeka. Mógłbym mówić, mówić i mówić. Ostatnio obejrzałem Źródło Darrena Aronofsky’ego z 2016 i uważam, że forma nad treścią wzięła górę. Ale różne filmy oglądam.
Marcin: Nad czym się ostatnio zachwycaliśmy? Manchester By the Sea!
Grzegorz: Tak. Genialny film. Locke był świetny. Lubię wszystko co robi Scorsese, filmy Tarantino. Labirynt czyli Denis Villeneuve. Christopher Nolan robi też świetne filmy.

W filmach Nolana jest pełno patosu i powagi, są tak jakby napompowane.
Grzegorz: Ale on bada…
Marcin: On ma ciekawe pomysły. To nie jest tak, że on robi patos dla patosu, to naprawdę ciekawe historie. W Bezsenności grają Al Pacino i Robin Williams i to była moim zdaniem jedna z najlepszych ról tego drugiego w całej jego karierze.
Grzegorz: Z naszego podwórka to Smarzowski robi dobre filmy. Jestem mordercą Macieja Pieprzycy to dobry film. Ostatnio byliśmy na filmie Gwiazdy, ale jest on.. niski.
Marcin: Film jest przaśny. To dziwne, że jest oparty na biografii, ale jego główny wątek wymyślono. Więc po co coś takiego robić?

A muzyczne filmy?
Marcin: Na pewno Control. Franka lubię.
Grzegorz: Do Franka musiałem dojrzeć. Za pierwszym razem mnie tak nie uwiódł, ale doceniam za oryginalny pomysł. Oglądałem ostatnio taką brytyjską komedię Radio na fali. Fajny pomysł bo opowiada o ludziach, którzy założyli niekomercyjne radio na płynącym statku w latach 60, 70. Wszyscy ich pokochali, władza z nimi walczy, bo puszczają muzykę taneczną, która powoduje w ludziach rozluźnienie moralne. Jest tyle do oglądania.. z seriali polecam Narcos i Stranger Things.

Jakie macie marzenia związane z graniem?
Grzegorz: Po prostu grać jak najwięcej z zespołem i koncertować.
Marcin: Generalnie, grać coraz lepiej. Rozwijać się. Technicznie to my mamy jeszcze dużo zaległości tak naprawdę.
Grzegorz: Warsztatowo musimy jakoś się podciągnąć.
Marcin: Gdy nagrywaliśmy ten album, ja w ogóle nie korzystałem z efektów do gitary. Włączałem i wyłączałem sobie na piecu przester, to wszystko. W tym momencie ja tych kostek mam 10 i wykorzystujemy to na koncertach. Utwory znajdujące się na płycie brzmią teraz dużo lepiej na żywo. Oczywiście nie wszystkie, ale Wieje na koncercie to zupełnie inna energia niż na płycie.

Jakie są plany zespołu na przyszłość?
Marcin: Próbujemy coś nagrać, ale nie wiadomo co z tego wyjdzie.
Grzegorz: Mamy jeszcze dużo piosenek, które chcemy nagrać w formie EP-ki, cztery wrzucić na krążek i nagrać. Wiadomo, z czasem jest jak jest.. a potem kolejna płyta.
Marcin: Tego materiału mamy sporo.
Grzegorz: Tak, tylko wszystko musi się kleić tak jak na tej pierwszej. Lepiej mieć za dużo niż zastanawiać się co by tu grać.