Kendrick Lamar. Kto jak kto, ale ten raper bardzo dobrze radzi sobie w łączeniu różnych stylów muzycznych. W jego kawałkach słychać inspiracje jazzem, rockiem, soulem i rhythm and bluesem. Można powiedzieć, że to wszystko już było, że wielu raperów przed nim inspirowało się taką muzyką czy mówiło o problemach społecznych tak dosadnie i inteligentnie jak on. Po części to prawda, jednak Lamar robi to tak umiejętnie, że jego poprzednią płytę, To Pimp a Butterfly okrzyknięto jedną z najważniejszych płyt dekady w tym gatunku. DAMN. to jego czwarty album.

Za produkcję albumu odpowiedzialni są głównie Dr. Dre i Anthony Top Dawg Tiffith, ale do niektórych piosenek swoje trzy grosze dołożyli nawet James Blake czy BadBadNotGood. Raper kontynuuje, zapoczątkowaną na poprzedniej płycie, tyradę o problemach nękających społeczeństwo w naszych czasach. Broni tym sposobem swojej pozycji w czołówce współczesnego świadomego hip-hopu (ang. conscious hip-hop). Tym razem jednak patrzymy na to wszystko jakby od wewnątrz. Autor nie nazywa siebie też już King Kunta. Na tym albumie mówi do nas Kung Fu Kenny.

Teksty piosenek zawartych na tym krążku tworzą spójną całość opartą o biblijne odniesienia do Księgi Powtórzonego Prawa. Przez cały album przewija się motyw dualizmu: zawierzenia się Bogu – zostania przez niego błogosławionym i wyrzeczenia się Boga i zastania przez niego skazanym na potępienie wieczne. W świetnym intro Kendrick zostaje postrzelony przez niewidomą kobietę, której próbuje pomóc. DNA. to kawałek okraszony prześwietnym, mocnym bitem. W tekście raper spogląda na wartości i tradycje i kulturę Afroamerykanów i czarnoskórych obywateli świata oraz odkrywa je przed słuchaczem. Sam tytuł następnego kawałka, YAH. to kolejne odniesienie biblijne, pojawia się też tu wspomnienie o Izraelitach. ELEMENT., utwór za którego produkcję odpowiedzialny jest James Blake, właśnie od strony instrumentalnej brzmi jak wypłuczyny po średniej jakości powolnej elektronice. Nie mogę pozbyć się wrażenia jakoby Blake odwalił ten kawałek, tak na szybko, albo wygrzebał go gdzieś spośród tych słabszych, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Tekst to co innego, bo Lamar opowiada w nim o trudach utrzymania rodziny i dobrego kontaktu z nimi oraz kariery światowej sławy rapera.

Dalej na płycie wykonawca wymienia negatywne odczucia związane z byciem gwiazdą. W piosence LOYALTY. gościnnie pojawia się Rihanna i.. nie obniża to jakości odbioru całego albumu, choć sam kawałek nie należy do najlepszych. To piosenka o tym jak bardzo ważna w związku jest szczerość i lojalność. PRIDE. zaskakuje samplem bowiem jest to PIOSENKA PINK FLOYD. Chodzi o Echoes. Główny motyw gitary z tego kawałka został bardzo zgrabnie wpleciony w hip-hopowy numer i w połączeniu z introwertycznym tekstem o dumie pełnym biblijnych alegorii brzmi to całkiem nieźle. Potem dostajemy petardę w postaci cudnie brzmiącego singlowego HUMBLE. z genialnym teledyskiem. W delikatnym LOVE. wybija się refren zaśpiewany wysokim głosem przez wokalistę o pseudonimie Zacari. Niemal na deser dostajemy XXX. czyli piosenkę z gościnnym udziałem U2. To najbardziej polityczna rzecz na tej płycie. Krótko mówiąc: charakteryzuje problemy i zepsucie amerykańskiego społeczeństwa. FEAR. i GOD. to kawałki, kolejno, o największych obawach Kendricka jako – 7-latka, 17-latka i 27-latka oraz o sukcesach jakie on w życiu odniósł. Ostatni numer to odniesienie do początku i klamra spinająca 14 utworów w całość.

Grono profesjonalnych producentów zadbało o to, by płyty słuchało się bardzo dobrze. Cel został osiągnięty. Album jest świetny a ja nie mogę przestać się dziwić jak bardzo złożony i poetycki może być nurt zwany świadomym hip-hopem. Kendrick Lamar nagrał super album i po raz kolejny przekonał mnie do przychylniejszego traktowania rapu.
Gdyby ktoś był zainteresowany dokładniejszą interpretacją tekstów piosenek, może je znaleźć w języku angielskim pod tym linkiem: Objaśnienia