Jeśli lubicie alternatywny pop z nutą minimalizmu i elektroniki to PYSK jest zdecydowanie dla Was. Jeśli jeszcze nie odkryliście Bovskiej, to teraz macie ku temu dobrą okazję. Projekt wyżej wspomnianej dwójki debiutował zaledwie rok temu. Jej album Kaktus spodobał mi się tak bardzo, że gdy artystka zaapelowała o pomoc w sfinansowaniu live video sesji do 3 utworów, bez wahania dołączyłem do darczyńców. 31 marca ukazał się jej drugi album studyjny, PYSK. Czy dostałem w pysk?

Wspomniany wcześniej nowy poziom to przede wszystkim poziom brzmieniowy. Bo o ile debiut zaskakiwał minimalizmem, oryginalnością, o tyle na PYSKU ten minimalizm zyskał nową jakość. Otwierająca płytę piosenka Kosmodrom brzmieniem lo fi przywodzi na myśl prace producentów takich jak Diplo czy Switch. Wokal Bovskiej brzmi tu całkiem ciekawie, tekst refrenu szybko wkrada się do serca, a jeden fragment jest zdecydowanie najlepszy w tym wszystkim: Wypluj z siebie złość, spluń na wojnę, dialog znaczy sens. Dalej na krążku w uroczy minimalizm wkrada się coraz to więcej elektroniki. Niektóre piosenki mają niemal taneczne rytmy. Tematem większości piosenek zgromadzonych tutaj jest miłość. O miłości się dobrze pisze. Czasami powstają z tego wyznania, które chce się aż wykrzyczeć, jak zacnie robi to wokalistka w tytułowym numerze. Piosenka Wek interesuje zmiennym tempem w poszczególnych częściach i.. męskim głosem towarzyszącym w refrenie. Co prawda autotune lub inny tego typu program trochę boli, ale jak w piosence śpiewa artystka: „Nie ma że boli”. To zdanie jest też powtarzane przez większość ludzi w brzydkie dni. Pod koniec płyty pojawia się przyjemna, taneczna piosenka Autoreset, która znów zwraca na siebie uwagę wykrzyczanym refrenem.

Jednak lepsze i bogatsze brzmienie nie sprawiło, że skaczę z radości. Owszem, płyta jest wizualnym cudeńkiem. Piękna okładka, projekt, a maska w środku to bardzo dobry pomysł. Mimo wszystko podchodzę do tego krążka z rezerwą. Singlowy Cyrk mi się nie spodobał, a oprócz piosenek wymienionych powyżej na płycie nie ma czegoś co polubiłbym na tyle, żeby nucić ciągle te melodie, jak było w przypadku Kaktusa. Nie, nie, nie oczekiwałem arcydzieła. PYSK to płyta na której, oprócz kilku hitów, znalazło się znów to samo w ciut lepszej formie. Może po prostu nie mieć żadnych oczekiwań? Tego się trzeba nauczyć..

Ciekawy, chwilami minimalistyczny, alternatywny pop, który serwuje nam Bovska, wszedł na nowy poziom. To wielka zasługa Jana Smoczyńskiego jak i samej wokalistki, która przez rok koncertowania rozwinęła swoje umiejętności. Choć do mnie jej nowy album trafia połowicznie i trochę się rozczarowałem tą płytą, jestem pewien, że poprzez PYSK znajdzie wielu nowych fanów, a starych utwierdzi w przekonaniu, że polska muzyka pop to nie tylko głupkowate radiowe przeboje, ale też piosenki z serca i dla serc. Zobaczymy jak sytuacja się rozwinie, trzymam kciuki!