Máni Orrason to utalentowany młody muzyk z Islandii. Jego twórczość można łatwo określić jako ożywczy rock z domieszką łagodnych brzmień akustycznych i fortepianowych. Pisze własne teksty i sam komponuje. Pod koniec marca wokalista przyleciał do Polski na krótką trasę akustyczną. Zagrał pięć koncertów, a mi udało się być na jednym z nich, w Klubokawiarni Aquarium w Bielsku-Białej. To również jest powód by napisać coś o tym w innym języku niż rodzimy.
Koncert rozpoczął się chwilę po 19. Pora koncertu plus klimat miejsca w którym się odbywał robiły niesamowite wrażenie. Aquarium to idealne miejsce do klimatycznych i kameralnych koncertów. Usadowiłem się na krzesełku w drugim rzędzie, chwilę potem zaczęła się koncertowa terapia dźwiękiem. Máni ma już na koncie jeden świetny album studyjny, który z każdym przesłuchaniem coraz lepiej brzmi. Właśnie skończył nagrywać drugą płytę. Na scenę wyszedł sam, towarzyszyła mu wyłącznie gitara akustyczna podpięta do małego wzmacniacza. Nie był to jednak koncert jakich wiele, bo choć muzyka Orrasona jest raczej prosta do skategoryzowania, to właśnie w jej prostocie tkwi siła. To pozorny spokój dźwięków piosenek połączony z energią kumulującą się w Mánim. Energią, którą on potem wyzwala za pomocą swojego głosu. A głos ma bardzo dobry i świetnie śpiewa na żywo. Występ cechowała spontaniczność, ponieważ Orrason nie miał setlisty. Wytłumaczył, że przestał je robić bo w pewnym momencie zauważył, że za często patrzy się w przyklejoną kartkę na scenie. Chłopak ma też ciekawą ekspresję, która spodobała mi sie od razu. Nie stoi na scenie bezczynnie ani nie macha akustykiem na wszystkie strony jak głupi.. nogi same go niosą do rytmu i przez ten ruch, nie wiem czy do końca kontrolowany czy nie, każda śpiewana przez niego piosenka stawała się niby-marszem, wycieczką w nieznane. Więc zabierał słuchaczy w te podróże oferując opowieści zarówno z pierwszej płyty Repeating Patterns, jak i z tej drugiej jeszcze nie wydanej. Zagrał również kilka coverów, w tym I’m on Fire Bruce’a Springsteena. Scoverował ten utwór również na świetnej akustycznej EP-ce Wake Me Up.
Mimo, że artysta miał przy sobie tylko gitarę akustyczną, skorzystał z przepięknego Aquariowego fortepianu i zagrał na nim kilka utworów. Mówił, że choć ta trasa była zaplanowana tylko na gitarę, to jakoś tak zawsze się zdarza, że w miejscu gdzie ma grać jest fortepian lub coś w tym stylu co pozwala mu zaprezentować zgromadzonym ludziom trochę szerszy przekrój materiału. Och, i jak on pięknie krzyczał. Przyznam, że mam słabość do takich form ekspresji czy to w piosenkach naszego polskiego Heya czy gdziekolwiek. Choć biedny Máni mógł sobie głos zedrzeć bo często śpiewem przechodził w niemal krzyk, ponadto między piosenkami mówił, że nie słyszy czy dobrze śpiewa i pytał się o to publiczność. Koniec końców nie robiło to żadnego problemu, muzyk nie stracił głosu a my nie ogłuchliśmy. Jest to po prostu jedna z trudności, z którymi występujący na scenie artysta może się spotkać, a zwykli ludzie nie zdają sobie sprawy, tyle.
Na fortepianie Máni zagrał jeszcze jeden cover, Something Beatlesów. Przedstawił ją jako piosenkę napisaną przez najbardziej utalentowanego członka grupy, George’a Harrisona. Jego zdaniem to utwór który najlepiej i najpiękniej oddaje to czym jest miłość w trzy minuty. Bardzo zdziwiły go też piosenki puszczane przez polskie radia. Stwierdził, że Polacy muszą kochać lata 80. i pytał się o to ludzi zgromadzonych na sali. Zauważył, że ilekroć włączył jakąś polską stację radiową, uderzały w niego dźwięki piosenek z lat 80. Coś w tym jest i aż się uśmiechnąłem bo sam zauważyłem niedawno to samo. To problem komercyjnych stacji radiowych.. tłumaczę sobie to, że prezenterzy puszczają swoje ulubione kawałki, mają sentyment do lat 80. bo byli wtedy młodzi.. ale nie wiem, nie wiem do końca dlaczego tak jest.
Po koncercie nie mogłem odpuścić sobie porozmawiania z Mánim. Udało mi się też kupić koszulkę merchową, której wzór jest super. Została jednak w mieszkaniu u znajomych, także jakiś tydzień w niej nie pochodzę. A sam Máni Orrason to fajny człowiek, dobrze mi się z nim rozmawiało. Coś czuję, że dobrze by nam się rozmawiało dłużej o muzyce. O wszystkim, gdyby nie ograniczenia czasowe. Gwoli podsumowania, z koncertu wyszedłem zachwycony i liczę już na to, że Máni przyjedzie promować do Polski swoją drugą płytę. Trzymam za niego mocno kciuki!

Máni and me / Máni i ja.

Máni and me / Máni i ja.