20 stycznia 2017 roku zespół Dot Hacker wydał swój trzeci album studyjny. Po miesiącu od premiery, wielu przesłuchaniach i zapętlaniach tego krążka uznałem, że coś o nim napiszę. Bo warto. To prześwietna płyta. W języku angielskim jest takie wyrażenie mind-blowing, którego może lepiej dosłownie nie tłumaczyć, a myślę, że jak najbardziej oddaje charakter krążka i piosenek na nim zawartych Fantastyczny? Niesamowity? Nieziemski? Zdecydowanie. Josh Klinghoffer, Clint Walsh, Jonathan Hischke i Eric Gardner wykonali kawał dobrej roboty i stworzyli coś, co pewnie jeszcze nieraz przesłucham. Zresztą jak poprzednich płyt tego zespołu.

9 piosenek. 45 minut. Czysta energia i ekspresja wyczuwalna w każdym, bardzo dobrze dopracowanym, dźwięku. N°3 to album przedstawiający wszystko co najlepsze i najpiękniejsze w twórczości grupy: skutecznie wyważony eksperymentalizm w piękny sposób miesza się z rockową estetyką. Surowość przeplata się z delikatnością. Bo o ile na Inhibition zespół pięknie ujął to co najlepsze w dobrym alternatywno-eksperymentalno rockowym graniu, a na How is Your Process (Work) i How is Your Process (Play) postawił na większy eksperymentalizm, o tyle N°3 odsłania ponownie mocne karty prezentując utwory takie jak Cassandra czy Found Lost przepięknie zaaranżowane na klawisze. Nie ma tu słabych piosenek. Właśnie: gdyby tak wyodrębnić wokale, gitary, syntezatory, bas, instrumenty klawiszowe i perkusję – nie sposób byłoby mi powiedzieć które najlepiej brzmią – wszystko zostało zagrane i zgrane tak dobrze. Świetna produkcja. Oczywiście uwagę przyciąga niesamowity głos Josha Klinghoffera i jego wspaniałe i poruszające teksty, ale to nie powód by innym członkom zespołu odmawiać pochwały profesjonalizmu z jaką materiał został zagrany.

W jednej piosence (Cassandra) pojawia się Kasandra, mityczna grecka wieszczka, która symbolizuje tam nieuchronność przeznaczenia i niemożliwość jego zmiany. Tematy egzystencjalne, lęk przed samotnością, potrzeba bliskości, zagubienie, szukanie własnej drogi i wędrówka w głąb własnych myśli. Wszystko napisane językiem przystępnym, a jednak nie tak prostym jakby mogło się to wydawać bo pełnym alegorii i dwuznaczności. W tych właśnie zabiegach kryje się urok tekstów Klinghoffera.

Czekałem na tę płytę odkąd tylko usłyszałem, że się pojawi. W zasadzie marzyłem o niej już słuchając drugiej, podzielonej na dwie części. Czekałem z niecierpliwością. Gdy już się ukazała, wiedziałem. Wiedziałem, że TO JEST TO. Znów poczułem to samo uczucie, które towarzyszyło mi przy słuchaniu Dot Hacker po raz pierwszy. Znów czułem, że to jest to czego szukam w muzyce. Wiem, że będę z niecierpliwością czekał na jakiś nowy materiał, kiedykolwiek by się ukazał. Mam też cichą nadzieję, że kiedyś grupa wyruszy na trasę koncertową i jakiś wiatr przywieje ich do Polski. Bo co? Marzyć nikt nie zabroni!