6 stycznia w katowickim MegaClubie zagrał zespół Hey. Koncert, zaplanowany wcześniej na 16 grudnia, nie odbył się z powodu choroby wokalistki Katarzyny Nosowskiej. Nowa data dała szansę na wyprzedanie się biletów. Stawiłem się pod klubem po 18 i nastąpiła godzina czekania na polu w temperaturze -19 stopni. Brrr!

Ale gdy koncert się już zaczął od razu można się było rozgrzać. Scena przybrana cała na czerwono, zespół cały w czerwonych strojach, czerwonawy zestaw perkusyjny Roberta Ligiewicza i nawet czerwone ręczniki sobie sprawili. Techniczni też byli czerwonymi ludzikami. Baja! Przy dźwiękach wstępu do Błysku wyszła na scenę Nosowska i po przywitaniu Dzień dobry, jesteśmy Heyem rozpoczęła się jak to zwykle bywa niesamowita wymiana energii między jedną a drugą stroną sceny. Zespół wygrał na początek całą najnowszą płytę Błysk. Byłem wcześniej na koncertach PrzedBłysk przed wydaniem tej płyty. A teraz przysłuchiwałem się temu i obserwowałem co dzieje się na scenie całkiem inaczej, gdy już znałem na pamięć każdy z 10 tekstów tego wydawnictwa. Wzrok skakał mi a to z gitary i klawiszy Pawła Krawczyka próbując dostrzec jak on gra te piosenki, z basu Jacka Chrzanowskiego próbując wychwycić chwyty by potem sobie je gdzieś tam odtworzyć, na centralny punkt koncertu czyli śpiewającą wokalistkę ciesząc się z emocji wypisanych na jej twarzy i na grę Marcina Żabiełowicza. Wszystko aby wynieść z tego koncertu jak najwięcej.

Nie obyło się bez usterki. ZŁOŚLIWOŚĆ RZECZY MARTWYCH. Sam zespół mówił, że to fuck upy. Marcinowi Macukowi klawisz się zepsuł, no i drugi potem. Na szczęście szybko się odpsuł. Bo co? Ze starszych kawałków można było usłyszeć „Fazę Delta”, „piosenkę o jesieni” czyli Byłabym, Moogie, Luli Lali, piosenkę o przyjaźni czyli „Kto tam? Kto jest w środku?” 4 pory, Teksański, Zazdrość w ciekawej aranżacji, A Ty?, [sic!] i na sam koniec Schisophrenic Family. Zagrali cover Kultu Arahja i wyszło im to niesamowicie! Po raz pierwszy usłyszałem też na żywo Mikimoto – król pereł i byłem pod wielkim wrażeniem.

Tym razem zdrowsza, ale nie całkiem bo stale pokasłująca, Nosowska dużo, dużo mówiła. Mam wrażenie, że im jest starsza tym bardziej otwiera się na tą interakcję z widownią. Bardzo wesoła co rusz opowiadała ciekawe rzeczy. Mówiła np o tym jak samo powiedzenie Idę do banku spłacić kredyt zainspirowało piosenkę Cud. Bo byłoby cudownie powiedzieć spłacić a nie płacić. O tym, jak przeczytała niedawno, że „ufole” nadlatują. Bo NASA wychwyciło jakiś dziwny sygnał z kosmosu. Mówiła żeby się cieszyć życiem bo my tu tak walczymy między sobą, a za chwilę możemy mieć takie akcje jak Dniu niepodległości. Albo piosenki uległy personifikacji.. Wesolutki Teksański stał się grubym, starym, bardzo pewnym siebie gościem, który wszędzie był na prywatkach, weselach, bankietach, dużo za granicą też. I początkowo był w związku z Moją i Twoja nadzieją, ale potem coś się stało takiego, że już ze sobą nie są i on zdecydował, że jedyną partnerką (partnerem? Jak mam to odmienić?) jego godnym będzie Orła cień.Poprzednio, w kwietniu, Nosowska udawała Joannę Kołaczkowską z Kabaretu Hrabi, teraz w styczniu była Mariah Carey i śmiesznie oddała jej ruchy sceniczne. Świetnie się tego słucha. A mimo jakiejś tam choroby to zaśpiewała bardzo dobrze.
Cóż. To był mój 7 koncert tej grupy. Na pewno kiedyś wrócę na 8 raz. Ich koncerty moim zdaniem za krótko trwają. za szybko się kończą, ale są piękne.

Nie jest z tego koncertu, ale bardzo lubię to zdjęcie.

Nie jest z tego koncertu, ale bardzo lubię to zdjęcie.